Blog > Komentarze do wpisu
Proza - opowiadanie Lux II.

Pierwsza część: http://lubelsko.blox.pl/2011/10/Proza-opowiadanie-Lux.html

 Następna część: http://lubelsko.blox.pl/2011/10/Proza-opowiadanie-Lux-III.html


                Pierwszy raz z Kurzikami miałem do czynienia w wieku może siedmiu lat. Pamiętam, jak usłyszałem okrzyki, kiedy bawiłem się z innymi dziećmi. Wdrapawszy się na najbliższe wzniesienie ujrzeliśmy wojowników w pełnym uzbrojeniu, w barwach rodzinnych i krwi wroga, wracających z bitwy. Obok nich, z gracją po jadeitowym podłożu, sunęły żółwie. Na skorupach niektórych, gdzie utworzono całe posterunki, wiezieni najpewniej byli ranni. Najbardziej prawdopodobne było to, że oto idą dumni Luxoni, którzy zwyciężyli nad agresorem, o którym była ostatnimi czasy mowa, iż widziano duże grupy nieprzyjaciela zmierzające do odległej o pół dnia drogi kopalni jadeitu. Pomimo oczywistego znużenia, na wyniszczonych walką twarzach gościła radość, gdyż ze znacznej odległości można było zarejestrować pieśni przygotowane specjalnie na okazję wygranej bitwy. Nie wszyscy śpiewali to samo. Pomimo tego, że byliśmy jednym klanem, to wiele rodzin tworzyło własne kręgi społeczne. Na jedną karawanę składało się wiele grup, mających jeden cel, lecz inne poglądy.

                Najwięcej poruszenia wywołały dwa żółwie idące na końcu pochodu. Ciągnęły one za sobą na grubych linach ciała, po jednym na każdego. Były to kolosy Kurzików, ludzie, którzy poświęcili swoje człowieczeństwo w imię wyższych idei. Nigdy nie widziałem nawet bladoskórego człeka, a co mówić o tak niesamowitej istocie. Cała moja dotychczasowa wiedza opierała się na pieśniach i opowieściach bardów, żołnierzy i starszyzny. Każdą historię znałem praktycznie na pamięć, fascynowały mnie istoty mieszkające w kamiennym lesie, pomimo tego, iż były one okrutne, podstępne i zdradzieckie, nie umiejące żyć w pokoju, wszczynające wieczne wojny. Ich mlecznobiała skóra skrywała czarne dusze, ze splamionymi krwią dłońmi. Mówiono, że tacy nie umieją długo przetrwać na naszym Morzu, gdyż słońce wypala ich oblicza, widząc całe zło skryte w ich sercach. Kolosy były najgorsze. Stwory te rezygnowały z jakichkolwiek ludzkich uczuć, jak miłość, współczucie, czy lojalność. Za pomocą plugawych mocy, tworzono bestię, która umiała jedynie walczyć i niszczyć, rujnując podwaliny pokoju. To właśnie od Kurzików wypłynęła cała agresja, nasycając częściowo i nas. Bo jakże inaczej wytłumaczyć wojny między naszymi klanami?

                I tak oto dwa niepodważalne dowody tworzenia chaosu zostały złożone na placu naszej osady. Nie miałem pojęcia, czy kolosy żyły, czy nie, w ogóle nie wiedziałem, czy one oddychają, albo mają bijące serce. Tak, czy owak, leżały one, nie ruszając się, a tłum począł się zbierać wokoło nich. Każdy chciał zobaczyć kurzikowego giganta, przy którym stali w blasku chwały Luxońscy wojownicy. W pewnym momencie tłum rozstąpił się i do ciał podeszła Starsza Mao, w towarzystwie naszego ówczesnego czempiona, Sacca. Starsza już kobieta, na której czerwone szaty zdobione odłamkami jadeitu i sznurami kłów zwierzęcych wisiały jakoby na szkielecie, a barwy klanowe, zdobiące jej twarz, załamywały się na pokrytej wieloma zmarszczkami twarzy. Drżąca dłoń, na palcach której widniały proste pierścienie, dzierżyła majestatycznie zdobiony kostur, którego głowicę wieńczył znaczącej wielkości odłamek bursztynu, rzekomo było to serce jednego z tych kolosów. Zbliżywszy się do dwóch ciał, Mao skinęła na pobliskich wojowników, aby odsunęli się, wtapiając się w tłum otaczający bestie rodem z kamiennego lasu. Następnie, pochyliwszy się nad naszym największym wojownikiem, poczęła szeptać, nikt oprócz tej dwójki nie wiedział, co zostało wtedy powiedziane, lecz Sacc wyprostował się, kierując twarz ku słońcu. Okrzyk, który wydostał się z jego ust zarówno przerażał, jak i przepełniał siłą. Wiele matek zbladło, nie wiedząc co zrobić z dziećmi, ale te same się sobą zajęły, większość już uciekła, przestraszywszy się wrzasku. Ja zostałem i nie żałuję, chociaż wydarzenie miało na mnie ogromny wpływ. Po chwili czempion szybkim ruchem, sięgnął do swej pochwy, wyciągając przepiękny miecz w całości wykonany z jadeitu. Krystalicznie przejrzyste ostrze rzucało refleksy w świetle tamtejszego dnia, tworząc jakoby aurę epickości wokoło broni, która błyskawicznie opadła, pozbawiając głowy pierwszego kolosa. Szybki zwrot na pięcie, zmiana postawy i drugi łeb opadł na ziemię, odłączony od tułowia. Po chwili, z ran trysnęła żółtawa ciecz, pokrywając wspaniałą zbroję Sacca, stworzoną ze skorupy jednego z najtwardszych żółwi, jakiego widział świat. Zielonkawe jadeitowe zdobienia zostały skryte pod mazią, która sprawiała wrażenie niesamowicie lepkiej. Słodkawy zapach rozniósł się po okolicy.

                Tłumem wstrząsnęła ekstaza. Ludzie skakali, krzyczeli, radowali się. Jedynie Sacc i Mao pozostali niewzruszeni, obserwowani przeze mnie. Starsza, kiedy soki kolosów przestały zalewać najbliższe otoczenie, podeszła do ciał, mamrocząc niezrozumiałe dla mnie formułki, wymachując kosturem i poruszając ciałem w rytm dziwacznej melodii rytualnej, słyszanej tylko jej. Nasz Czempion sprawiał wrażenie, iż bycie pokrytym prawdopodobnie krwią tych monstrów, nie jest w stanie poruszyć serca tak wielkiego wojownika. Ostrze, z którego strzepnął maź, schował do pochwy i począł się oddalać, prawdopodobnie w celu oczyszczenia pancerza. Rozejrzawszy się, obserwowałem tańczących rodziców, dzieci, dziadków. Dostrzegłem również i moją familię, bawiącą się razem z resztą. Matka, zauważywszy mnie, wyciągnęła w moją stronę rękę, zapraszając do wspólnej zabawy. Ja jednak przecząco pokręciłem głową, odbiegając .

                Podczas wieczornej uczty na cześć naszych wspaniałych wojowników, wymknąłem się, kierując swoje kroki ku placowi, gdzie leżały ciała kolosów. Dla naszych dzielnych mężczyzn zabito specjalnie jedną z najstarszych żółwic, które miały już trudności z poruszaniem się, aczkolwiek mogły być jeszcze przydatne. Takie wydarzenie wymagało jednak splendoru, wielkiej celebracji naszych osiągnięć.  Nie pasowało mi to, nigdy nie lubiłem świętowania osiągnięć, tym bardziej, jeżeli niepotrzebnie zabijano zwierzęta, które przecież mogły posłużyć w przyszłości jako coś bardziej wartościowego, jak zbędna rozpusta. Można by zachować je na okres głodu! Zaszedłszy na miejsce dzisiejszego wydarzenia, ujrzałem zwłoki, niezmiennie trwające w stanie, jakim uczynił je Sacc. Podszedłem bliżej, chciałem na własne oczy ujrzeć z bliska kurzikowe monstrum, dotknąć je. W powietrzu ciągle unosił się ten słodkawy zapach drzewnej krwi, a podłoże lepiło się do podeszew.

                Jakim ja byłem szczęściarzem! Miałem możliwość zbadać kolosa, zajrzeć wszędzie, gdzie bym chciał! Spoglądałem na skórę, albo czymkolwiek to było, gdyż przypominało mi to bardziej korę, ale jakby o wiele mocniejszą, niż te, które widywałem na pomniejszych wysepkach, mijanych przez naszą karawanę. Faktura również była inna, dużo bardziej chropowata, pełna otworów, miałem wrażenie, iż jest to wiele warstw o różnej szerokości, grubości i długości, połączone i poskręcane w jeden twór. W niektórych dziurkach zauważyłem żółtawe kamyczki, podobne do tego, który spoczywał na kosturze Starszej. Domyśliłem się, że był to bursztyn. Wojownicy powiadali, że te odłamki, teraz matowe, podczas walki świeciły ciepłym, niezbyt ostrym blaskiem. Chciałem zebrać je wszystkie, na pamiątkę, dla rodziców, ale udało mi się wyrwać jedynie kilka. Nie wiem jak one były przymocowane do tej skorupy, ale moje wątłe jeszcze wtedy rączki, nie były w stanie wydobyć odłamków. Zebrałem tylko te, które zostały wcześniej zruszone, a to przez transport, czy walkę. Z posiadanych przeze mnie kawałków ostatecznie stworzyłem bransoletę, którą do dziś noszę na mym lewym nadgarstku. Przypomina mi ona o dzieciństwie, o tym, żebym zawsze był ciekawy świata, lecz pamiętał o pochodzeniu, klanie i rodzinie.

niedziela, 09 października 2011, pan.doman

Polecane wpisy