Blog > Komentarze do wpisu
Proza - opowiadanie Lux III.

-Na dzisiaj dziękuję już za tą wspaniałą historię- rzekł Cesarz –jest już późno, lecz proszę się nie oddalać poza centrum miasta Kaineing, pragnę usłyszeć jeszcze więcej w najbliższej przyszłości. Proszę- tu wskazując ręką w stronę wyjścia –strażnik wskaże drogę wyjścia, po drodze polecam wizytę w mojej kuchni i posilenie się, na mój rozkaz.- Uśmiechnąwszy się, kończąc swą wypowiedź, wstał od stolika i skierował swe kroki ku swoim komnatom. Luxon, odczekawszy chwilę, również powstał i wyszedł z pomieszczenia, mijając straże, kucharzy i służki, opuścił Pałac Raisu.

 

******************************************************

                                Czerwonawe słońce poczęło chować się za wysokie, podniszczone budynki Kaineing, pozostawiając za sobą jedynie zanikającą łunę, powoli ustępującą nocnemu, bezchmurnemu niebu pełnego gwiazd, tworzących konstelacje. Ze złotych bram Pałacu Raisu można było ujrzeć jak na sklepieniu niebieskim pojawia się kolejno Hai Jii, Gwiezdny Feniks i Tahmu, smok. Istoty te przypominały każdemu, kto je ujrzał, o tym, że życie potrafi zniszczyć piękny kwiat w mgnieniu oka, czyste, delikatne dłonie, tak pełne miłości, nagle błądzące w rzekach krwi, krwi rozlanej z miłości. Opowieści o postaciach, teraz widniejących jako symbole na nieboskłonie, znane są każdemu, nawet małemu dziecku. Żadna z tych historii nie zakończyła się radośnie, wszystkie zawierały mrok.

            Zwano mnie Matką Tahmu, Cesarzową Miłości. Moje państwo było moim domem, poddani moimi dziećmi. Kochałam swoje potomstwo, które zrodziła urodzajna ziemia, dając im to, co było potrzebne. Kiedy zaczynało czegoś brakować, modliłam się do Melandru, z prośbą o dar urodzaju dla moich poddanych. Nigdy nie mogłam patrzeć, gdy ktoś był głodny, zmęczony, czy ranny. Wielu moich doradców potępiało moje decyzje, gdy postanawiałam oddalić się z pałacu, poszukując tych, którzy mnie potrzebowali. Nie potrafiłam odmówić pomocy, możliwość wsparcia drugiej istoty była najpiękniejszą rzeczą, jakiej mogłam doświadczyć. Wyobraźcie to sobie: wyglądacie ze zdobionego okna, nosząc zdobione szaty, pijąc herbatę ze zdobionej, porcelanowej filiżanki i nagle widzicie wychudzonego człowieka w łachmanach, leżącego pod ścianą domostwa znajdującego się na odległość rzutu kamieniem. Jaka jest inna możliwość, jak nie zejść do tego biedaka i użyczyć mu swej sukni? Sprzeda tkaninę, napełni brzuch, odnajdzie schronienie. Tylu dostojników szemrało pod nosami, tylu przeklinało me imię, tylu złorzeczyło. To prawda, miałam przeciwników, lecz żaden z nich nie śmiał działać na mą niekorzyść. Jedna, prosta przyczyna – tak, jak ja kochałam moich poddanych, tak i oni kochali mnie. Jadowitym ustom i nienawistnym spojrzeniom posyłałam zawsze ciepły uśmiech.

            Jednakże istniało na świecie coś, co nie było w stanie otrzymać mojej miłości. Nagi. Te wężopodobne istoty przepełnione były nienawiścią do ludzi. Był to jedyny powód, aby uczyć moich poddanych walczyć, zbroić ich, wydawać pieniądze na ochronę i bezpieczeństwo. Co za strata dla skarbca! Pomyśleć tylko ile rzeczy można by sprowadzić zza morza, by ułatwić życie, a tu wszystko przepadało, pokrywając koszta zbrojeń. To przez te potwory zmuszona jestem poruszać się najczęściej w chronionym, zbrojnym środowisku. Czułam się, jak egzotyczny, lecz łagodny ptak o wielobarwnym upierzeniu, zamknięty w żeliwnej klatce, aby chronić go przed głodnym, rudym kocurem, czekającym tylko na odpowiedni moment, by zaatakować. Obślizgłe, wstrętne, kalające swym pełzaniem naszą kochaną ziemię. Jedyne piękno, jakie byłam w stanie dostrzec, to w momencie, kiedy w słoneczny dzień, promienie padające na łuski nag, tworząc ciekawe refleksy. Jak to możliwe, że w tak wielkiej afirmacji okropieństw znajduje się taki mały pierwiastek zachwytu? Światło odbite przez metal broni, pancerza, jest zimne, złe. Kontrastuje ono z tym małym błyskiem powstałym na pokrytej śluzem skórze wężowej kreatury. Jednakże nie zmieniało to faktu, iż istoty te posiadały serca czarne, niczym smoła, o ile je w ogóle miały. Pozbawione ludzkich uczuć, odruchów, pragnące jedynie niszczyć i siać chaos pomiędzy tymi, którzy się od nich różnią. Okrzyki rannych, płacz matek, widok poległych, to wszystko podsycało chorą rządzę krwi. Dlaczego? Dlaczego musiała to być krew mych dzieci?

            Tego dnia życie toczyło się jak co dzień. Ciężkie powietrze i ciemne obłoki zwiastowały nadejście obfitego deszczu, może nawet burzy. Siedziałam w skromnej altanie, pomalowanej na biało, znajdującej się na obrzeżach pałacowych ogrodów. Towarzyszyły mi dwie służki: Yuki, młodziutka dziewczyna, zawsze skromna i zadbana, oraz Kais, najstarsza z całej służby, będąca od zawsze, razem ze swą rodziną, powiązana z rodziną rządzącą. Intensywny, lecz nie nieprzyjemny, aromat kwiatów umiejący ukoić nawet rozwścieczonego, zimnokrwistego żółwia kappa, zapewniał niepowtarzalną rozkosz dla nosa. Wysokie, bujne i czerwone wiśnie, gęsto występujące w okolicy stanowiły odpoczynek dla wzroku, jak i niesamowite doznania estetyczne, nie tylko dla koneserów piękna natury. Cicho szumiące pod wpływem lekkich powiewów wiatru bujne listki pobudzały swą melodią uszy, wprowadzając swymi stonowanymi dźwiękami stan odprężenia i kontemplacji. W dłoni    trzymałam delikatny kwiat lotosu, powoli wodząc palcem po jego białych płatkach. Aksamitne niczym jedwab. Drugą ręką sięgnęłam po filiżankę z zieloną herbatą. Gorzka. Ciepła, lecz nie gorąca. Gdyby nie te ciemne chmury na horyzoncie – chwila idealna.  

poniedziałek, 10 października 2011, pan.doman

Polecane wpisy