Blog > Komentarze do wpisu
XXIV kawa - nostalgicznie. Proza - opowiadanie Lux IV.

 

2011-10-11

                Spotkałem dzisiaj pewnego mężczyznę w autobusie. Zauważyłem go wcześniej, zlustrowałem wzrokiem i tyle. Słuchawki w uszach, tak raczej wyglądający na odbiorcę hip-hopu, czy techno. W pewnym momencie spytał się, kiedy ma wysiąść, aby jak najszybciej dojść tam i tam. Poinstruowałem go, podziękował, wysiadł przystanek za wcześniej. Cóż, bywa. Jednakże nie był to koniec moich perypetii z tymże osobnikiem. Wracając do domu „osiemnastką” zauważyłem, że właśnie wsiada nie kto inny, jak nasz kolega z czapeczką z daszkiem. Zauważył mnie i się uśmiechnął przyjacielsko. Miło się zrobiło. Po kilku przystankach zagadał do mnie, że jest pierwszy tydzień w Lublinie i nie za bardzo ogarnia. Spytał na którym przystanku ma wysiąść. Na moim. Tym razem już w dobrym momencie opuścił MPK`a.  Dlaczego o tym wspominam? Bo napadła mnie nostalgia. Przypomniałem sobie mój pierwszy tydzień w Lublinie, moją pierwszą trasę autobusem. O własnych siłach, bez niczyjej pomocy. Nie umiałem poprosić. Potem tym bardziej. Ale nie o tym piszę.

                Pierwsze tygodnie zawsze są ciekawe.

 

 

 

 

 

 

Idąc uliczkami Kaineing, mijał brudnych, bezzębnych żebraków, roznoszących woń odchodów stajennych. Po chwili zauważał postać kupca w jedwabnej, zwiewnej szacie, otoczonego przez służbę, kierującego się do zaułka agentów Xunlai, którzy to specjalizowali się w przechowywaniu nawet niebotycznych majątków, a wszystko to poprzez ich wielokrotnie zaklęte skrzynie. Kierował się do stajni, by odwiedzić jednego ze swych przyjaciół. Nad jego głową nieustannie krążył śnieżnobiały ptak, który znikał jedynie na ułamki sekund, by zanurkować między budynki, by schwytać jakiegoś pomniejszego szkodnika, a następnie ponownie pojawić się w przestworzach. Zazdrościł on tym pierzastym zdobywcom niebios. Byli oni wolni, widzieli wszystko z góry, szybowali ponad wszystkim. Zero ograniczeń, jedynie możliwości. Rozpostarte skrzydła, wiatr sunący po piórach. I ta strzała przebijająca korpus.

            Zaszedłszy pod masywne drzwi z żeliwnymi wykończeniami i ogromną kołatką w kształcie pysku smoka, Luxon spojrzał na szyld wiszący powyżej. „Cesarski zaułek” brzmiała nazwa karczmy. Był to dość spory budynek, wybudowany z drzewa, które z pewnością nie zostało sprowadzone z okręgu Kaineing. Prawdopodobnie był to surowiec zza Morza Smutków – wprost z Lwich Wrót. Teren wokoło budowli był zadbany, pozbawiony żebraków, śmieci, czy wszechobecnych w niektórych dzielnicach fekaliów.  Poruszający się bezgłośnie, na nieznacznym wietrze, pozłacany napis niby normalnie nie przyciągał spojrzenia, lecz tym razem zielonkawe oczy starca przez dłuższą chwilę skierowane były ku górze. Spoglądając niżej, zwrócił uwagę na okno, w którym znajdowała się szyba o kolorze mleka, przepuszczając jedynie ciepłą, miękką poświatę zapalonych wewnątrz świec. Pora była późna, więc do uszu nie docierały żadne głośniejsze odgłosy. Ująwszy w suchą, lecz krzepką, starczą dłoń, ciężkie koło zwisające z pyska metalowej bestii, Luxon uderzył do drzwi. W tymże właśnie budynku miał spędzić noc. Placówkę polecił mu jeden z pałacowych strażników, argumentując, iż właścicielem jest osoba parająca się magią, przez co wzbudza lekki postrach pośród prostych ludzi. Prawdopodobnie właśnie to było przyczyną wręcz nierealnego porządku wokoło karczmy. Odgłos kołatki trafiającej w drewnianą powierzchnię przyjemnie zawibrował w uszach. Po chwili usłyszał kroki.

            Zamek, chrobocząc pod wpływem przekręcającego się weń klucza, po chwili ustąpił. Klamka powoli opadła, a drzwi poczęły uchylać się, odsłaniając wnętrze. Smuga światła płynącego ze środka powoli poszerzała się, oświetlając sylwetkę mężczyzny stojącego na zewnątrz. Pomimo ciepła bijącego ze środka, oblicze starca zbledło, usta zacisnęły się w jedną, prostą linię, mięśnie twarzy napięły się gwałtownie, naciągając skórę twarzy. Oto stał oko w oko ze starszym człowiekiem, około sześćdziesięciu lat, ubranym w kompletny, czarny strój, o mlecznobiałej karnacji i mocnymi akcentami czerni wokoło oczu. Kurzik!

            W pewnym momencie usłyszeliśmy krzyki. Zerwawszy się z siedzeń, podbiegłyśmy na skraj ogrodu, wypytując strażnika o powód tego całego zamieszania. Zostałyśmy poinformowane, że chmury, z których to padał rzęsisty zaczęły niewyobrażalną prędkością nadciągać w naszą stronę. To były one. Nagi. Deszczowi Szamani nasłali te oto obłoki, aby stworzyć warunki odpowiadające wężowym istotom. Pokryte łuską cielska były  w stanie o wiele szybciej poruszać się po zmoczonym terenie. Ogłoszono alarm. Podbiegło do mnie. „Pani! Prosimy, niech się Pani skryje. Tutaj może być niebezpiecznie” mówili. Nie posłuchałam się. Pozostałam tam, gdzie byłam. Rozkazałam jedynie skryć się Yuki i Kais w bezpiecznym miejscu. Sama wdrapałam się na altanę, aby obserwować przebieg wydarzeń. Serce me zaczęło krwawić. Przebrzydłe stwory wyrzynały mój lud. Tak dużo tego było. Tak dużo Nag. Straż walczyła dzielnie w naszej obronie, lecz przewaga była po stronie agresora. Ostrza lśniły w rozbłyskach piorunów, w strugach deszczu. Domy zapadały się pod wpływem trzęsień wywoływanych przez stwory obdarzone krztyną magii. Największe siły kierowały się tutaj, do pałacu. Wiedziałam, że jeśli się nie ruszę, to i mnie zabiją. Ruszyłam więc tylnim wyjściem, chwytając po drodze jedynie sztylet. Nie uszłam daleko.  Okazało się, że tych stworów jest więcej w okolicy, niż by się wydawało. W mgnieniu oka byłam ciągnięta za swoje szaty po ziemi. Świadomość bliskości tego obrzydliwego cielska powodowało u mnie odruchy wymiotne, pociłam się i płakałam. Pokryta błotem, w podartym ubraniu, zmierzająca z powrotem do mojego miasta. Pokazano mnie hersztowi. Następnie zawleczono na rynek, placyk, na którym zazwyczaj stało kilka straganów z owocami i warzywami. Wtedy jednak miałam znajdować się tam, aby obserwować śmierć moich dzieci. Jedno po drugim. Przyprowadzano przed moje oblicze coraz to nowe osoby, które to z przerażeniem, rozpaczą, czy zrezygnowaniem patrzyły mi w oczy, podczas, gdy mordowano ich wszystkich. Każdego na inny sposób. Dziecku ucięto głowę, a ciało rozszarpano, rozrzucając wnętrzności po okolicy, pokrywając wszystko krwią. I tak jedno po drugim. Wyobraźni nie brakło, nikogo nie szczędzono. Krzyczałam, rozpaczałam, wiłam się i płakałam. Na nic. Zaczęłam się wtedy modlić. Wołałam do Balthazara, prosiłam o pomoc, ocalenie mego ludu, zemstę na poczwarach. Wtem z nieba zamiast deszczu począł spadać ogień. Płomienie trawiące wszystko, dosłownie wszystko. Jedynie moja istota pozostała niewzruszona. Wręcz przeciwnie. Niesamowite, parzące ciepła poczęło się rozchodzić po moim ciele. Skóra ma zmieniała fakturę, stawała się szorstka, twarda. Ręce coraz dłuższe, połączone dziwnie lekką błoną z tułowiem, formując skrzydła. Następnie deformacji uległa twarz. Straciłam kobiece rysy, usta wydłużyły się, by po chwili utworzyć smoczy pysk. W przeciągu paru chwil z wątłej cesarzowej przeistoczyłam się w bestię o niebotycznych rozmiarach. Byłam w stanie obrzucić wzrokiem wszystkie pobliskie tereny. Byłam w stanie zobaczyć wszystkie Nagi trawione przez ogień. Wszystkie Nagi i wszystkich moich poddanych. Balthazar nie wybierał, niszczył wszystko. Ogromny żal wezbrał w mym sercu, rozdzierając je na wiele części. Rozpostarłam skrzydła, wznosiłam się wysoko, ponad dachy, chmury, ku niebu. Tam właśnie zostałam. Na nieboskłonie. Gwiazdy formujące mą istotę mają od tamtej pory przypominać każdemu o moim żalu, stracie i potwornościach Nag. Czasami pojedyncza łza spłynie po mym obliczu, pozostawiając swój ślad pośród wielu ciał niebieskich.

            Lecące przez izbę krzesło roztrzaskało się z impetem o ścianę, rozpryskując się na wiele ostrych odłamków. Co chwila przelatywały świetliste pociski niszczące losowy element wyposażenia wnętrza. Kilka ciekawskich par oczu spoglądało ze szczytu schodów, które prowadziły do pomieszczeń sypialnych. Parter przeznaczony był na miejsce do spotkań i spożywania alkoholu. W tym momencie było to jednak pole bitwy, pobojowisko. Pośrodku tego całego rozgardiaszu znajdowali się dwaj mężczyźni w podeszłym wieku, ubrani w diametralnie różne stroje. Splątani w plątaninie pięści, kopnięć, przekleństw, z unoszącym się nad nimi białym krukiem. Konfrontacja sędziwego, bladego Kurzika z równie wiekowym Luxonem o karnacji jasnego karmelu. Mag próbujący trafić wiązką energii w myśliwego, okładając się wzajemnie pięściami. Ptak starający się podlecieć, by zaatakować w obronie swego pana, wydłubać oczy. Jednakże postaci ruszały się zbyt szybko, zmieniały pozycję, ścierały się twarzą w twarz, mieszając wściekłe oddechy.

            Wtem do izby wtargnęła grupa strażników pałacowych. Pięciu mężczyzn ubranych w reprezentatywne barwy Cesarstwa rozdzieliło zwaśnionych rywali, odciągając ich za ręce w przeciwnych kierunkach. Oderwane od siebie postaci nie przerwały jednak rzucania obelg w swoje strony, wyzywając się od najgorszych szumowin. Dopiero zatkanie ust sprawiło, że w pomieszczeniu zapanowała względna cisza, pomijając odgłosy szamotaniny. Po chwili, gdy starcze ciała opadły ze zmęczenia, do karczmy wkroczył Wyższy Strażnik Han, obrzucając Luxona i Kurzika nienawistnym spojrzeniem. Ruchem dłoni, przyodzianej w zdobioną rękawicę, nakazał uwolnienie z uścisku obu jeszcze przed chwilą walczących ze sobą mężczyzn.


- Macie natychmiast pojawić się przed obliczem Cesarza!- rzekł, kładąc nacisk na słowonatychmiast. -W Kaineing nie tolerujemy burd o podłożu rasowym, zwłaszcza, jeśli zachodzi ona między dwoma gośćmi naszego Pana. Nadużyliście naszej gościnności, powinniście głęboko żałować swojego występku. – upominał, powoli kierując swoje kroki w kierunku wyjścia. – Proszę się doprowadzić do ładu i pojawić w Pałacu Raisu najszybciej, jak to możliwe. Proszę nie szczędzić swoich starczych nóg. – rzekł wychodząc z budynku, a w jego ślady podążyła reszta strażników, zostawiając zszokowanych mężczyzn na drewnianej podłodze karczmy.

wtorek, 11 października 2011, pan.doman

Polecane wpisy