Blog > Komentarze do wpisu
Proza - opowiadanie Lux VI.

Poprzednia część: http://lubelsko.blox.pl/2011/11/Proza-opowiadanie-Lux-V.html 

 

***

-Yakkingktonie, chyba widzę jakieś obozowisko.- rzekł krzepki mężczyzna, opierając się na długiej lasce wędrowca, z głowicą przypominającą wijące się korzenie drzew. Strój jego stworzony był z łatek skór wszelakich istot, materiałów o przeróżnej fakturze i kości zwierząt, zarówno tych dużych, jak i malutkich. Na stopach miał niesamowicie przetarte, powiązane sznurkami, skórzane buty, wysokie pod kolana, w które włożone miał płócienne spodnie. Nie wyglądało to może piękne, aczkolwiek było praktyczne i wygodne, chroniło przed prażącym słońcem na pustkowiach Jadeitowego Morza, które już zostawiło wyraźny ślad na twarzy podróżnika. Oblicze jego, pokryte obfitym zarostem i poprzecinane wieloma bruzdami, wyrażało spokój. Opalona, pomarszczona skóra, wraz z prawie, że niewidocznym stonowanym uśmiechem i spokojnymi niczym jadeit pod stopami oczyma, tworzyła obraz doświadczonego przez życie człowieka.

Mężczyzna wraz ze swym towarzyszem – ogromnym doylakiem – stawiając krok za krokiem, zbliżali się do jednego z obozów luxońskich. Z daleka widać było już ogromne, matowe skorupy ich żółwi, które to tworzyły swoisty kordon wokoło miejsca postoju. Pomimo faktu, że podróżował od zawsze i często odwiedzał te same miejsca, widział tych samych ludzi, to wciąż każde nowe, ludzkie skupisko, wywoływało w nim nieokreślone emocje. Przyzwyczaił się do pustki. Nie czuł już odcisków, bo stały się one już jednym z jego stopą. Nie oblizywał spieczonych i popękanych warg, nie łzawił, oczyszczając oczy. Za dużo by zasobów zużywał. Teraz jednak zamrugał kilka razy i wytężył wzrok. Próbował dostrzec charakterystyczne oznaki jakiegoś klanu, by móc  dowiedzieć się z którym to będzie miał tym razem do czynienia. Wypatrywał intensywnie, lecz żadnego rozwieszonego płótna, czy innej flagi. Również ludzi nie mógł się dopatrzeć, lecz spoglądając na niebo, stwierdził, że trwa aktualnie pora na posiłek, lub odpoczynek w cieniu, chowając się przed bezlitosnym słońcem, grzejącym swoimi promieniami. Mężczyźnie takie rzeczy już nie przeszkadzały. Z upałem zaprzyjaźnił się z czasem, żołądek przekonał, żeby jeść z rzadka i od niechcenia, a reszcie organizmu polecił dłużej utrzymywać w sobie wodę. Tym razem jednak sięgnął do pasa, wyciągając zza niego butelkę, w której na dnie zostało kilka łyków wody. On też może sobie przecież pozwolić na odrobinę luksusu. Przecież zaraz i tak uzupełni. Dość ciepła woda poczęła nawilżać całą jamę ustną, dając chwilę wręcz niespodziewanego odświeżenia, pobudzając całego człowieka. Aż się humor poprawił, co pozwoliło nawet na jedno, dłuższe, westchnięcie z przyjemności.

Krajobraz okolicy wyglądał praktycznie tak samo, jak w jakimkolwiek zakamarku Jadeitowego Morza. Zastygła powierzchnia jadeitu, w której to odbija się te nieubłagane słońce, dając różnokolorowe refleksy, które swoją wyszukaną gamą są w stanie wprowadzić w błąd oko obserwatora. Gdzieniegdzie przejawiały się jeszcze malutkie wysepki lądu, na których to stały najczęściej pojedyncze drzewa, umożliwiające chwilę wytchnienia pod liśćmi. Spokojne, piękne, statyczne. Jednakże również i niebezpieczne. Nie raz zdarzały się sytuacje, gdy zmęczony wędrowiec ulegał takim to błyskom, tworząc przed oczyma iluzję różnorakich rzeczy. Taki to człowiek zaczyna wierzyć w urojenia, zaczyna próby interakcji, biega, woła. Skacze ze skarpy, szczytu zamarzniętej fali, w dół, z głową skierowaną ku podłożu. Myślał biedak, że poniżej będzie woda. Ta żywa i niebieska, nie twarda, zielonkawa. I tak oto nieruchomy i zimno-kolorowy obraz zostawał na chwilę poruszony, zabarwiony czerwonawą posoką, z elementem skrzywionego ciała, powyginanych kończyn. Jeden moment, gdy, niekiedy absolutną, ciszę przerywa tępy dźwięk zderzenia z rzeczywistością. Na szczęście ten podróżnik nie byłby w stanie ulec czarowi świata wokoło. Jemu nie straszna była przyroda. Dlaczego? Ponieważ posiadał dwie ważne rzeczy: doświadczenie i swojego przyjaciela – Profesora Yakkingtona. A zwano go Nicolas Podróżnik. Wędrował po świecie wraz ze swoim druhem, towarzyszem niedoli – potężnym doylakiem. Była to istota podobna do wołu, jednakże o wiele potężniejsza. Głowę zdobiły dwie pary potężnych rogów, zagiętych ku ziemi, przy czym jedna para była o połowę większa od drugiej. Pysk miał koloru czerni, z białym paskiem pomiędzy oczyma, oraz grzywką, tego samego koloru, pokrywającą skroń. Oczy czarne, niczym dwa węgielki błyszczące, pomimo, że spokojne. Na swym wygiętym kręgosłupie, niczym na garbie, dźwigał pakunki, w których znajdowały się najpotrzebniejsze rzeczy podróży. Pomimo upału i obciążenia, które trzeba nieść całymi dniami, długie włosie zwierzęcia nie pokrywało się potem. Tak, jak jego przyjaciel – przyzwyczaiło się. Również kopyta miał mocniejsze. Większe i twardsze, zahartowane, cicho stukały, uderzając o zielonkawe podłoże. Teraz przystanęły, bo oto stanęli na skraju obozowiska, zdezorientowani widokiem, który rozpościerał się przed ich oczyma.

środa, 23 listopada 2011, pan.doman

Polecane wpisy