Blog > Komentarze do wpisu
Proza - opowiadanie Lux III.

Poprzedni fragment: http://lubelsko.blox.pl/2011/10/Proza-opowiadanie-Lux-II.html

 

(...)

                -Na dzisiaj dziękuję już za tą wspaniałą historię- rzekł Cesarz –jest już późno, lecz proszę się nie oddalać poza centrum miasta Kaineing, pragnę usłyszeć jeszcze więcej w najbliższej przyszłości. Proszę- tu wskazując ręką w stronę wyjścia –strażnik wskaże drogę wyjścia, po drodze polecam wizytę w mojej kuchni i posilenie się, na mój rozkaz.- Uśmiechnąwszy się, kończąc swą wypowiedź, wstał od stolika i skierował swe kroki ku swoim komnatom. Luxon, odczekawszy chwilę, również powstał i wyszedł z pomieszczenia, mijając straże, kucharzy i służki, opuścił Pałac Raisu.

 

***

 

 

                                Czerwonawe słońce poczęło chować się za wysokie, podniszczone budynki Kaineing, pozostawiając za sobą jedynie zanikającą łunę, powoli ustępującą nocnemu, bezchmurnemu niebu pełnego gwiazd, tworzących konstelacje. Ze złotych bram Pałacu Raisu można było ujrzeć jak na sklepieniu niebieskim pojawia się kolejno Hai Jii, Gwiezdny Feniks i Tahmu, smok. Istoty te przypominały każdemu, kto je ujrzał, o tym, że życie potrafi zniszczyć piękny kwiat w mgnieniu oka, czyste, delikatne dłonie, tak pełne miłości, nagle błądzące w rzekach krwi, krwi rozlanej z miłości. Opowieści o postaciach, teraz widniejących jako symbole na nieboskłonie, znane są każdemu, nawet małemu dziecku. Żadna z tych historii nie zakończyła się radośnie, wszystkie zawierały mrok.

            Zwano mnie Matką Tahmu, Cesarzową Miłości. Moje państwo było moim domem, poddani moimi dziećmi. Kochałam swoje potomstwo, które zrodziła urodzajna ziemia, dając im to, co było potrzebne. Kiedy zaczynało czegoś brakować, modliłam się do Melandru, z prośbą o dar urodzaju dla moich poddanych. Nigdy nie mogłam patrzeć, gdy ktoś był głodny, zmęczony, czy ranny. Wielu moich doradców potępiało moje decyzje, gdy postanawiałam oddalić się z pałacu, poszukując tych, którzy mnie potrzebowali. Nie potrafiłam odmówić pomocy, możliwość wsparcia drugiej istoty była najpiękniejszą rzeczą, jakiej mogłam doświadczyć. Wyobraźcie to sobie: wyglądacie ze zdobionego okna, nosząc zdobione szaty, pijąc herbatę ze zdobionej, porcelanowej filiżanki i nagle widzicie wychudzonego człowieka w łachmanach, leżącego pod ścianą domostwa znajdującego się na odległość rzutu kamieniem. Jaka jest inna możliwość, jak nie zejść do tego biedaka i użyczyć mu swej sukni? Sprzeda tkaninę, napełni brzuch, odnajdzie schronienie. Tylu dostojników szemrało pod nosami, tylu przeklinało me imię, tylu złorzeczyło. To prawda, miałam przeciwników, lecz żaden z nich nie śmiał działać na mą niekorzyść. Jedna, prosta przyczyna – tak, jak ja kochałam moich poddanych, tak i oni kochali mnie. Jadowitym ustom i nienawistnym spojrzeniom posyłałam zawsze ciepły uśmiech.

            Jednakże istniało na świecie coś, co nie było w stanie otrzymać mojej miłości. Nagi. Te wężopodobne istoty przepełnione były nienawiścią do ludzi. Był to jedyny powód, aby uczyć moich poddanych walczyć, zbroić ich, wydawać pieniądze na ochronę i bezpieczeństwo. Co za strata dla skarbca! Pomyśleć tylko ile rzeczy można by sprowadzić zza morza, by ułatwić życie, a tu wszystko przepadało, pokrywając koszta zbrojeń. To przez te potwory zmuszona jestem poruszać się najczęściej w chronionym, zbrojnym środowisku. Czułam się, jak egzotyczny, lecz łagodny ptak o wielobarwnym upierzeniu, zamknięty w żeliwnej klatce, aby chronić go przed głodnym, rudym kocurem, czekającym tylko na odpowiedni moment, by zaatakować. Obślizgłe, wstrętne, kalające swym pełzaniem naszą kochaną ziemię. Jedyne piękno, jakie byłam w stanie dostrzec, to w momencie, kiedy w słoneczny dzień, promienie padające na łuski nag, tworząc ciekawe refleksy. Jak to możliwe, że w tak wielkiej afirmacji okropieństw znajduje się taki mały pierwiastek zachwytu? Światło odbite przez metal broni, pancerza, jest zimne, złe. Kontrastuje ono z tym małym błyskiem powstałym na pokrytej śluzem skórze wężowej kreatury. Jednakże nie zmieniało to faktu, iż istoty te posiadały serca czarne, niczym smoła, o ile je w ogóle miały. Pozbawione ludzkich uczuć, odruchów, pragnące jedynie niszczyć i siać chaos pomiędzy tymi, którzy się od nich różnią. Okrzyki rannych, płacz matek, widok poległych, to wszystko podsycało chorą rządzę krwi. Dlaczego? Dlaczego musiała to być krew mych dzieci?

            Tego dnia życie toczyło się jak co dzień. Ciężkie powietrze i ciemne obłoki zwiastowały nadejście obfitego deszczu, może nawet burzy. Siedziałam w skromnej altanie, pomalowanej na biało, znajdującej się na obrzeżach pałacowych ogrodów. Towarzyszyły mi dwie służki: Yuki, młodziutka dziewczyna, zawsze skromna i zadbana, oraz Kais, najstarsza z całej służby, będąca od zawsze, razem ze swą rodziną, powiązana z rodziną rządzącą. Intensywny, lecz nie nieprzyjemny, aromat kwiatów umiejący ukoić nawet rozwścieczonego, zimnokrwistego żółwia kappa, zapewniał niepowtarzalną rozkosz dla nosa. Wysokie, bujne i czerwone wiśnie, gęsto występujące w okolicy stanowiły odpoczynek dla wzroku, jak i niesamowite doznania estetyczne, nie tylko dla koneserów piękna natury. Cicho szumiące pod wpływem lekkich powiewów wiatru bujne listki pobudzały swą melodią uszy, wprowadzając swymi stonowanymi dźwiękami stan odprężenia i kontemplacji. W dłoni    trzymałam delikatny kwiat lotosu, powoli wodząc palcem po jego białych płatkach. Aksamitne niczym jedwab. Drugą ręką sięgnęłam po filiżankę z zieloną herbatą. Gorzka. Ciepła, lecz nie gorąca. Gdyby nie te ciemne chmury na horyzoncie – chwila idealna.  

            Idąc uliczkami Kaineing, mijał brudnych, bezzębnych żebraków, roznoszących woń odchodów stajennych. Po chwili zauważał postać kupca w jedwabnej, zwiewnej szacie, otoczonego przez służbę, kierującego się do zaułka agentów Xunlai, którzy to specjalizowali się w przechowywaniu nawet niebotycznych majątków, a wszystko to poprzez ich wielokrotnie zaklęte skrzynie. Kierował się do stajni, by odwiedzić jednego ze swych przyjaciół. Nad jego głową nieustannie krążył śnieżnobiały ptak, który znikał jedynie na ułamki sekund, by zanurkować między budynki, by schwytać jakiegoś pomniejszego szkodnika, a następnie ponownie pojawić się w przestworzach. Zazdrościł on tym pierzastym zdobywcom niebios. Byli oni wolni, widzieli wszystko z góry, szybowali ponad wszystkim. Zero ograniczeń, jedynie możliwości. Rozpostarte skrzydła, wiatr sunący po piórach. I ta strzała przebijająca korpus.

            Zaszedłszy pod masywne drzwi z żeliwnymi wykończeniami i ogromną kołatką w kształcie pysku smoka, Luxon spojrzał na szyld wiszący powyżej. „Cesarski zaułek” brzmiała nazwa karczmy. Był to dość spory budynek, wybudowany z drzewa, które z pewnością nie zostało sprowadzone z okręgu Kaineing. Prawdopodobnie był to surowiec zza Morza Smutków – wprost z Lwich Wrót. Teren wokoło budowli był zadbany, pozbawiony żebraków, śmieci, czy wszechobecnych w niektórych dzielnicach fekaliów.  Poruszający się bezgłośnie, na nieznacznym wietrze, pozłacany napis niby normalnie nie przyciągał spojrzenia, lecz tym razem zielonkawe oczy starca przez dłuższą chwilę skierowane były ku górze. Spoglądając niżej, zwrócił uwagę na okno, w którym znajdowała się szyba o kolorze mleka, przepuszczając jedynie ciepłą, miękką poświatę zapalonych wewnątrz świec. Pora była późna, więc do uszu nie docierały żadne głośniejsze odgłosy. Ująwszy w suchą, lecz krzepką, starczą dłoń, ciężkie koło zwisające z pyska metalowej bestii, Luxon uderzył do drzwi. W tymże właśnie budynku miał spędzić noc. Placówkę polecił mu jeden z pałacowych strażników, argumentując, iż właścicielem jest osoba parająca się magią, przez co wzbudza lekki postrach pośród prostych ludzi. Prawdopodobnie właśnie to było przyczyną wręcz nierealnego porządku wokoło karczmy. Odgłos kołatki trafiającej w drewnianą powierzchnię przyjemnie zawibrował w uszach. Po chwili usłyszał kroki.


            Zamek, chrobocząc pod wpływem przekręcającego się weń klucza, po chwili ustąpił. Klamka powoli opadła, a drzwi poczęły uchylać się, odsłaniając wnętrze. Smuga światła płynącego ze środka powoli poszerzała się, oświetlając sylwetkę mężczyzny stojącego na zewnątrz. Pomimo ciepła bijącego ze środka, oblicze starca zbledło, usta zacisnęły się w jedną, prostą linię, mięśnie twarzy napięły się gwałtownie, naciągając skórę twarzy. Oto stał oko w oko ze starszym człowiekiem, około sześćdziesięciu lat, ubranym w kompletny, czarny strój, o mlecznobiałej karnacji i mocnymi akcentami czerni wokoło oczu. Kurzik!

niedziela, 06 listopada 2011, pan.doman

Polecane wpisy