Kategorie: Wszystkie | Hyde Park | Kawy | Poezja | Proza
RSS
niedziela, 29 stycznia 2012
LII Kawa - Bezmózgowo.

 

Chełbiąc wizję wielbłąda, Marksizm był wielbiony przez żyrafy do momentu, kiedy to zostały wyparte przez żółwie. Marchewki widząc grabie, ruszyły do ataku, niszcząc pola sałaty Wielkiego Makaronu. Liżąc wkręcaną żarówkę, pandy wskoczyły do basenu, płynąc tyłem, w dół i do środka. Mleko nie jest dobrym materiałem na cement, ale dobrze sprawdza się jako kubek. Kubek dobra człowiek, ma trzy nogi, lecz nie śmierdzą.

Nauka obcego języka polega na wyrwaniu igły z dębu, mając na uwadze wyemancypowane podejście grzebieni do konsumpcji grzechotników. Miasteczka położone na zachodzie nie są tymi ze wschodu, ale też lubią kaloryfery, które nota bene, są czekoladą. Aczkolwiek niemożność podniesienia piwnicy w celu umycia przeźroczystej bajki, pozostaje nam tylko gryźć zęby Hubertowi.

Zastosowany terror został wykorzystany przez ziarenka piasku, tworzące nową partię na planecie Ziemniak. Bardzo lubią liczby, ale dziesiątka jest z karmelu.

Masło.

sobota, 28 stycznia 2012
LI Kawa - Tworzymy opowieści.

 

2012-01-28

                Taak. Wiem. Posucha. Niestety i ja to z bólem przyjmuję. Na dwa tygodnie zostałem odcięty od ludzi, jedynie Internet został. Brak kontaktu z ludźmi odbija się na mnie negatywnie, co natomiast skutkuje brakiem chęci do pisania.

                Będąc skazanym ma cztery ściany, cóż innego mogłem poczynić, co sięgnąć po książki, artykuły w sieci, filmy i gry.  Jednakże nie mam zamiaru za bardzo rozpisywać się nad każdym tytułem (no, może nad jednym, czy dwoma), a raczej poruszyć pewne zagadnienie. Mianowicie:  jak to kreuje się światy i opowieści, nieskończenie rozszerza rzeczywistość. Zainspirował mnie właśnie mój powrót do gier i pewna zmiana stosunku do nich. Nie zależy mi już na rozgrywce, czy efektywności, a właśnie na historii i stworzonym uniwersum.

                Pieczołowicie przygotowywane teksty, grafiki z najmniejszymi szczegółami, mapy myśli i powiązań, którym praktycznie nie ma końca. Tak właśnie zaczynamy kreację. Czasami my jesteśmy jedynie tymi, którzy zaczynają, a temat zostaje pociągnięty przez innych. Bum! Tak oto mamy coś nowego, wartościowego i pięknego. Pamiętajmy, aby nie bać się tworzyć, nawet w tej formie nie do końca realnej,  tego, co widzimy naszym trzecim okiem. Większość tych największych światów jest rozbudowywana właśnie przez fanów, ludzi, którzy zostali wchłonięci przez ideę. Sam to przecież robię (opowiadanielux przecież powstaje na podstawie Guild Wars). A jaką historię Ty byś stworzył, drogi czytelniku?

                Jednym z największych, najbardziej obfitych światów, jest uniwersum Warcraft`a. Składa się ono z 4 gier, 14 książek, coraz to nowej zawartości i rozwijających się wątków. Tutaj mamy wszystko. Kalendarium obejmujące tysiące lat (http://wow.battlenet.pl/portal/wow/7/476/Kalendarium.html), dokładnie zdefiniowane wierzenia, legendy, wydarzenia historyczne. Wszystko (w większości) spójnie połączone ze sobą pasmami zależności i powiązań. Sam, będąc jeszcze w gimnazjum, aktywnie interesowałem się Warcraftem. Czytywałem artykuły, opisy, historie, zastanawiałem się nad zagadnieniami i niedopowiedzeniami. Może nie byłem aż tak zafascynowany, aby uczyć się 39 (!!) języków występujących w tym świecie, czy innych podobnych rzeczy, ale świadomość tego, jaki ogrom został stworzony, pozostała.

                Godnym podziwu jest również seria gier z tytułem „The Elder Scrolls”. Tutaj największy podziw budzą we mnie książki znajdujące się bezpośrednio w grze. Niebotyczna ilość tekstu, jaka jest w tych grach zawarta, zapiera dech w piersiach. Wyobraźmy sobie, że podczas zwyczajnej rozgrywki, jak to w grach jest, jakiegoś polowania na smoki, czy ratowania wieśniaków, możemy zajść np. do biblioteki i spędzić tam naprawdę dużo czasu, wertując księgi, teksty traktujące o historii danej ziemi, wierzeniach, czy życiu codziennym.  (jak ktoś ma ochotę, może poczytać komentarze tu: http://gameplay.pl/news.asp?ID=64885). Tysiące stron ksiąg, które można przeczytać, podczas wcielania się w inną istotę, w całkowicie innym świecie. Mnie to zdumiewa.

                Prawdę mówiąc, mógłbym jeszcze wspomnieć tytuły takie, jak Guild Wars, Wiedźmin, Władca Pierścieni i tak dalej, gdzie to właśnie cały czas opowieść jest kreowana, zarówno przez twórców, jak i osoby postronne. Czemu nie dodać swojej cegiełki, albo nie postawić tej pierwszej, na której budować będą inni?

                O, mam pomysł, może i jutro napiszę.

piątek, 20 stycznia 2012
L Kawa - Jeździmy po wspomnieniach.

               

2012-01-20

                Nie wyszło mi pisanie wczoraj. Jakoś wolałem posiedzieć na necie. Cóż, dzisiaj może będzie lepiej.

                Przy ostatnim wpisie wspomniałem, iż w zamyśle miał on być dłuższy. Chciałem poruszyć jeszcze temat bardziej „na żywca”, ale i teraz będzie dobrze. Dodam jeszcze jedynie odpowiedź na pytanie zadane mi przy okazji poprzedniej noty. Dlaczego zapałałem sympatią do tego małego, kurwiącego, człeka z własnym światem? Bo miał w sobie to, co uwielbiam. Groteskę. Jednakże wróćmy do głównego nurtu myślowego.  

Faktem znanym ogółowi jest to, iż wyrabiam powoli swoje własne prawo jazdy. I o dziwo, jest to na swój sposób inspirujący.

                Wsiadł człek do samochodu i słyszy „No dobrze, dzisiaj zrobimy sobie wycieczkę po całym Lubinie.”. Ok., żaden problem, jedziemy. Nagle coś do głowy mi wpada, pewna myśl, za nią następna i jeszcze jedna. Im dłużej jechałem, tym więcej tego było. Czego? Mianowicie spoglądając co rusz na jakieś miejsce, kojarzyło mi się ono z pewnym wydarzeniem, osobą, czy nawet rozkminą. Patrzyłem się i oczyma wyobraźni odkurzałem wspomnienia zakopane w podświadomości.

                I tak oto, kiedy na horyzoncie zamalował mi się pewien most, to nagle olśnienie: to właśnie tutaj piłem Specjala, pierwszy raz poza Pomorzem, dyskutując ze znajomym na dość konkretne sprawy. W innym miejscu przypomina mi się mój początek pobytu w Lublinie i historia, jak to z kilkoma osobami zgubiłem się na granicy Poręby. Z tego słupa zrywałem plakaty, o, z tego też. O, ta okolica niepodważalnie należy do mojej „siostry bliźniaczki”, a tam dalej do kuli negatywnej energii zapijanej 5 rodzajami Frugo. Za nią teren wielkiego koncertowego szaleństwa i jak najbardziej dobrych odczuć. Jedziemy na drugi koniec miasta. O, a tutaj rozkminialiśmy jak wrócić z Juwenaliów, kiedy to nic nie kursowało, a tam dalej, na przystanku, podczas czekania na MPK, obserwowałem armię dziewcząt z jakiegoś konwentu anime. I takich miejsc jest mnóstwo, nie ma sensu wypisywać ich wszystkich.

                I raczej każdy ma właśnie takie swoje miejsca, przypisane danej części swego życia, umysłu. Nie zawsze je widzimy, nie zawsze pamiętamy. Ale one są. Nie przemieszczają się, zawsze tam będą, nawet, jak okolica zostanie przemodelowana. Przecież taras widokowy Starego Miasta, niezależnie co się z nim stanie, pozostanie tym elementem miasta, gdzie po nocy, chodząc po murku, śpiewał człek „Mury” Kaczmarskiego.

                Jak to jest z Waszymi miejscami? Pamiętacie, czy skrzętnie ukrywacie? Fotografujecie, opisujecie, czy zatrzymujecie w sobie? Między innymi to dzięki nim, każde miasto, każde miejsce, jest unikalne dla jednostki. Właśnie dlatego każda osoba czuje daną lokację całkowicie inaczej, inaczej jest przez nią kształtowana.

środa, 18 stycznia 2012
XLIX kawa - Spotkania.

 

2012-01-18

http://www.ted.com/talks/lang/pl/matt_cutts_try_something_new_for_30_days.html

Najpierw krótki wstęp co do filmiku powyżej. Spodobał mi się, zresztą jak większość na tej stronie, zainspirował. Polecam przejrzeć zasoby www.ted.com bo warto. Każdy znajdzie coś dla siebie, każdy się czymś zainspiruje, zafascynuje, czy po prostu przyjmie jako ciekawostkę (wykład o algorytmach – świetny, a wcale nie mówi o matematyce!). Dziwię się, że dopiero teraz o tym wspominam. Więc już, zapamiętać i odwiedzać.

                Wczorajszego dnia musiałem pobyć niecałe półtora godziny w McDonaldzie, jako, że ciepło i w ogóle, kawę mają. Usiadłszy przy takim długim stole, w sąsiedztwie trzech siedzeń, koło prawdopodobnie Turka, zanurzyłem się w lekturze Newsweeka. Mój sąsiad wytrwale studiował Anonse, widać było, że z marnym efektem. Po chwili zagadał do mnie „Sorry, do you speak english?”, „Of course I do.” Odpowiedziałem. Po krótkiej wymianie zdań sytuacja była dla mnie jasna. Ten oto mężczyzna, pozbawiony jakiejkolwiek znajomości języka polskiego, pragnie wynająć pokój, w którym to mógłby składować swoje klamoty. Z racji tego, że miałem czas pomogłem mu. Bardzo sympatyczna osoba. Pod koniec nawet się przedstawił, ale moja skleroza zepchnęła jego imię gdzieś poza moją pamięć. Podarował mi również tą gazetę, jedynie zabierając strony, które razem wyselekcjonowaliśmy.

Dlaczego o tym piszę? Ponieważ zacząłem się zastanawiać jakbym ja wylądował w relatywnie egzotycznym miejscu. Pozbawiony wsparcia jakiegoś znajomego, który mógłby wspomóc znajomością kraju, języka, miasta. Wszystko samemu.

                Dobrze, że jednak przyjeżdżają do nas ludzie zza granicy, za którą tylu z nas chciałoby uciekać jak najdalej. Nie znam motywacji tegoż mojego przejściowego znajomego, ale tak, czy owak. Jest/był tu. Wbrew całej naszej niechęci, jesteśmy atrakcyjni dla innych.

Chciałbym również wspomnieć o innym spotkaniu, które to miało miejsce dnia dzisiejszego. Czekając o godzinie 21 pod KUL`em na MPK, towarzyszyło mi kilka osób. Niby nic nowego – przecież Lublin nie jest miastem duchów, ale wzrok mój wyłapał dwie konkretne osoby. Młodą kobietę i bardzo niskiego osobnika, płci prawdopodobnie również żeńskiej, aczkolwiek dłoni nie dałbym sobie uciąć.

Pierwsza przyciągnęła moją uwagę swoim zachowaniem, a dokładnie tańcem. Nie mogąc ustać w miejscu, możliwe, że przez ujemną temperaturę, poczęła poruszać się w rytm muzyki, którą słyszała tylko ona. Bez skrępowania, raz wolniejsze, raz szybsze ruchy. Jakaś kobita, matka pracująca, patrzyła się krzywo na to zajście, ja krzywo patrzyłem tylko na nią. Dziewczyna zasługiwała na aprobatę.

Z drugą osobą było całkowicie inaczej. Była to persona bardzo niska, pozbawiona jakichkolwiek wyraźnych śladów którejś z płci. Rysy twarzy, oraz futrzana czapka wskazywały na kobietę, ale niższy głos i reszta stroju sugerowały mężczyznę. Wyglądała na mocno zniecierpliwioną, chodziła po całej długości przystanku, klęła pod nosem, sprawdzała godzinę i ogólnie mówiła do siebie, nie zauważając reszty świata. Nawet kiedy zajechał jakiś autobus, a ona stała dokładnie pośrodku wyjścia, nie ruszyła się, tylko kontynuowała swój prywatny wywód. Język ostry, siarczysty, przekaz prosty. Co może wydawać się dziwne, do tej osoby też nabrałem sympatii. Przypomniało mi się powiedzenie „Mówienie do siebie oznaką szaleństwa.” Możliwe. Ale co z tego?

                Takich „wariatów” nam trzeba. Społeczeństwo potrzebuje armii unikalnych jednostek, które to niczym gwóźdź, wbijały się w szarą masę ludu, rozrywając spójność betonowego świata. Ostatnio chyba robię się częściowo monotematyczny, nieprawdaż?

Dość długi wywód mi wyszedł. Cóż, nie ma sprawy. Dalszy ciąg jutro? Cholera go wie, przydałoby się.

  Na zakończenie przypomnę jedynie, już kultowe, zdanie wypowiedziane przez Jockera.

„Why so serious?”

poniedziałek, 16 stycznia 2012
XLVIII kawa - Krótka rozkmina o starszych.

 

2012-01-16

                Ostatnimi czasy optymizmem napawają mnie przykłady osób starszych, które to spotykam albo w MPK`u, albo podczas oczekiwania na niego. Jestem szczęśliwy, że w naszej statystycznej, polskiej, społeczności zrzędliwych, chorowitych i w ogóle post-PRL`owskich staruszków, znajdują się perełki. Wyobraź sobie, czytelniku, że widzisz parę osób w podeszłym wieku, niczym za bardzo się nie wyróżniającą. W oczekiwaniu na zielone światło zaczynasz przyglądać się ich odruchom, podsłuchiwać mowę. Czasem okazuje się, że droczą się jak małe dzieci, darzące się wzajemną sympatią. Innym razem w tonie głosu rozpoznasz bardzo ciepłe nuty, czy subtelne ruchy np. położenia dłoni na tej swego partnera. Kiedy indziej słyszymy śmiech wywołany ciągłymi żartami, żarliwą dyskusją, czy próbą integracji z pasażerami autobusu. Właśnie w takich momentach uśmiecham się.

                Lubię takie osoby. Fascynują mnie. W momencie, kiedy dane jest mi już rozstać się z tymiż to osobnikami, mam ochotę podbiec do nich, zaprosić na rozmowę, czy przynajmniej zamienić kilka słów. Swoisty magnes optymizmu.

                A oni nawet o tym nie wiedzą, jaką to aurę wokoło siebie roztaczają.

sobota, 14 stycznia 2012
XLVII kawa - Piszemy do Góry.

 

Lublin  2012-01-10

Do: Niego

Od: Ja

                Drogi Ty,

                Piszę w sprawie sam nie wiem jakiej. Jednakże jak już zacząłem pisać, to wypada wspomnieć o czymś, nieprawdaż? Aczkolwiek na wstępie pragnąłbym pozdrowić całą Twoją instytucję, nawet Ten oddział. Familię też pozdrów. Słyszałem, że na ruch nie można narzekać, pomimo tego, że zyski praktycznie równoważą się ze stratami, rzucając klienta na pośrednie grunty. Oh, olśniło mnie, że zapewne popełniłem faux pas, gdyż nie zastosowałem żadnej trwałej formy grzecznościowej. Mam nadzieję, iż wybaczysz mi to potknięcie, zważywszy na mój stan umysłu. Niestety również nie zaśpiewam, a rzekomo, kto Ci śpiewa, to modli się po trzykroć. Nie. Mi zostaje napisać ten oto przedziwny list. Sam za bardzo nie wiem jak będzie on wyglądał, ale wierzę, że laikom takim, jak ja, na niektóre kwestie przymruża się oko. Zatem przejdźmy do meritum.

                Cholera, nie mam pomysłu o czym mam zamiar Ci napisać, daj mi chwilę na zebranie myśli.

                Chciałbym poruszyć temat mojej średnio skromnej osoby. Z Twoich usług mało korzystam i myślę, że bardziej nie będę. Troszku więcej czerpię od konkurencji. Kryteria zawarte w regulaminie prowadzonej przez Ciebie instytucji nie pokrywają się ze mną. Wiem, że część została spełniona, aczkolwiek wciąż jest to mniejszość. Więc, jeśli Dante miał rację, to czy nie zaistniałaby okoliczność, w której to pomógłbyś mi w zawarciu korzystnego kontraktu ze strefą Pierwszego Kręgu? Zdaję sobie sprawę, iż nie jest to Twój rejon, ale masz tam przecież wpływy. Bo tak wydaje mi się, że stopniowo zdobywam lekkie doświadczenie w tymże zakresie działalności. No, więcej na ten temat to porozmawiamy przy naszym najbliższym spotkaniu, zgoda?

                Pokrótce wspomnę jeszcze o osobach dużo bardziej zaangażowanych we współpracę z Tobą. Weź je (tzn. te osoby) czasami ogarniaj, bo mnie czasem coś trafia.  Nikogo z Dołu jeszcze do siebie nie zaprosiłem, ale przecież kiedyś nawet ja się mogę złamać, jak nie zostaną wzięci w ryzy, te Twoje mrówki, pracowicie budujące Twoją rzeczywistość. Nie neguję, nawet podziękuję za ziemię pod stopami, ale wiesz… Wszystko ma swoje granice.

                W tym momencie chyba kończę. Jakoś nie mam koncepcji, jak mógłbym poruszyć zagadnienia trapiące mą duszę, mam nadzieję, że kiedyś nam się to uda, albo i nie. Nie miej mi bardzo za złe, że jestem niechętny do współpracy, w ogóle lubię się z tymi z Pierwszego Kręgu, psychika mi się skrzywiła i takie tam. No taki jestem, trudno jest formować ciecz w ciało stałe, nieprawdaż? Pozdrów Zarząd i w ogóle całą firmę ode mnie, uściskaj każdego z osobna. Powiedz, że zawsze będę ich tulił.

Do zobaczenia!

Michał

 

 

 

Wherever whenever

Od: Niego

Do: Ja

                Whatever.

piątek, 13 stycznia 2012
XLVI kawa - Myślimy.

Wiem, że dawno nic nie było. Częściowo wina braku internetu, częściowo sprawy psychiczne. Postaram się poprawić!

 

                 

2011-01-09

                Odłożyłem książkę i spojrzałem w stronę laptopa – przydałoby się coś napisać. Ostatnimi czasy jakoś nie wychodzi. Cóż, miejmy nadzieję, że minie.

                Macie tak, że w pewnym momencie człowiek zatrzymuje się, rozkminia, i stwierdza, że jakoś mu pusto? W moim przypadku może to brak Internetu, może fakt, intensywnej ostatnimi czasy, nerwicy, a może to po prostu tak o, samo z siebie. Włączyłem komputer, wyłączyłem, pouczyłem się, przestałem, sięgnąłem po książkę, odłożyłem. Wszystkie czynności czymś Cię zajmują, wypełniają po części. Czytasz i skupiasz się na tekście. Do momentu, kiedy to zauważasz, że literki rozpływają się w mgle rozmyśleń. O, a teraz zaprzestałem pisania w celu wyczyszczenia monitora i klawiatury.

                Najlepiej jest sobie siąść, wszystko rzucić w kąt i się wyciszyć. Schować pod kołdrą, z kubkiem kawy, herbaty, patrzeć przez okno i myśleć. To, co jest najgorsze, to, co czasem powoduje pragnienie utraty głowy, tylko aby się wyzbyć tego. Myśli. Oh, wszyscy kochamy marzyć, fantazjować, rozmyślać nad przeszłością, wspominać czasy dobre i złe, samotnie, lub w grupie. Czasami wspomagamy się to alkoholem, to muzyką, czy jeszcze innym psem. Wszystko ma swój cel.

                Podczas nie jednej rozmowy, jestem świadkiem tego, jak taka praca umysłu sprawia nawet ból, a przynajmniej trudności prowokujące negatywne emocje. Widzę jak to przez długi czas, jednostka zastanawia się nad zagadnięciem dotyczącym jego prywatnego życia, bazując na mniej lub bardziej szczątkowych informacjach oraz własnych doświadczeń. Ile wniosków dobrych, a ile złych zostaje wyciągniętych? Jeden diabeł raczy wiedzieć. Mi podszepnął jedynie, że myślenie samo w sobie jest tworem genialnym, jednakże spaczonym przez emocje.

                Matko, jakże piękne byłoby życie, w którym umysł jest rzeczą jak najbardziej okiełznaną, wywoływaną jedynie na życzenie i bezproblemowo kontrolowaną. Emocje zostawmy. Są genialne w swej tragicznej egzystencji.  

                Jakiś czas temu zaoferowałem się do zostania ochotnikiem do przeprowadzenia nań analizy psychologicznej, w celu sporządzenia diagnozy na zaliczenie mojej znajomej studentki. Klasycznie znalazły się tam pierdoły o mojej zajawce, fascynacji ludźmi, jakiejś usystematyzowanej logice, średnich umiejętnościach werbalnych oraz słabej empatii. Nie ma ktoś czegoś, co odkryłoby coś nowego, ciekawego?

                Może jednak nie zastanawiajmy się, próbując rozszyfrować, ułożyć nas samych. Co powiecie na to, aby jednak po prostu zatracić się we własnym, wrodzonym szaleństwie? Sądzę, że stoję gdzieś na granicy. Podać Ci rękę? Idziemy razem?

 
1 , 2