Kategorie: Wszystkie | Hyde Park | Kawy | Poezja | Proza
RSS
środa, 30 listopada 2011
XXXIX kawa - wielopłaszczyznowo.

2011-11-29

                Dajcie mi kij i ideę, a pójdę obalać fundamenty. Postawcie wobec złota i masek,  a zabiorę światu Domańskiego. Kreujmy światy nowe, ruin ornamenty rzeźbić. O młodości, o wolności, co na ramie obrazu wisisz, niemożna wypaść poza obraz nocnych mar! O Ty, Duchu, co do ucha mi szepcesz, co majaki tworzysz. O dziecię świata poza światem, władco kolorowych pulsów. O śnie mocny, co w lustra i okna nocnej szybie oblicze me wypaczasz! Paczę w oczu głębię, dyskutując ze mną i ze mną, i z nim, oraz nami. Myśli! Ty, która wodzisz serce i umysł po ścieżkach zbadanych i kutych na nowo! Obróć się w szary kamień, nie myśl. Nie myśl, porzuć bólu bezmiar. Szaleńczym głosem zaśmiejmy się razem, by raźniej było, by było z kim milczeć. Milczmy, głosie mój, głosie we mnie, głosy moje i ze mną. Znajdźmy nasz kij, sakwę i szmatę. Znajdźmy to, kiedy oczu nie mamy, a widzimy barwy, doznajemy pulsu kształtu kolorów. Chodźcie! Chodźcie, o wszystkie moje i wasze zmary! Ucieknijmy przed barwami wspomnień panicznie minionych i panicznie odżałowanych. Zamilczmy, zgarbmy się, oślepnijmy, ale niech nas Duch z Myślą nie gonią. Niech te dwie kreacje złączą się ze mną, eksplodują, lub przepadną, zostawią pustkę malutką. Wyrwa na sercu. Czy to przez czary, czy to przez żal za tym, czego nie ma. Jednak nie. One nie chcą. Macie piór struganych tu bez liku; pisz na skórze cyrografy!  Będą palić, będą  z nami, będą przeżywały. Aż do chwili, gdy słów pożar nie wypali naszych serc.

 

niedziela, 27 listopada 2011
XXXVIII kawa - Biała kartka.

2011-11-27

                

Biała kartka jest biała. Zwłaszcza na ekranie monitora. Nie ma kratki, linii, kolorowych marginesów, czy pożółknieć papieru. Jest po prostu biała. Tekstem kolorujemy sobie naszą kartkę, powoli nadając temu wirtualnemu świstkowi troszku większą „wartość”. Klik klik klik, następny stukot klawiszy, następne znaczki wyświetlają się w polu. Znaczki, literki, które to formują nam całe słowa. Słowa natomiast, razem z innymi śmiesznymi znaczkami, kreują zdania. Czasami zdania spójnością nie grzeszą i raczej większego sensu nie mają, aczkolwiek zdarzają się sytuacje, gdy to, co napisaliśmy, rzeczywiście coś znaczy. Wtedy to już kolorujemy biel kartki nie tylko, zazwyczaj czarnymi, znaczkami, ale sensem. Więc czy to, co napiszemy na takim pikselowym świstku, mające sens poprzez utworzone nań zdania, nadaje sensu również płaszczyźnie na której się pojawiają? Czy dana sfera otrzymuje część idei elementów zawartych wewnątrz/na? Tak więc, czy zapisana kartka, już nie do końca taka biała, posiada tyle samo przekazu, co słowa na niej zawarte, czy jest jedynie furtką, przez którą można wychwycić ekspresję, wymioty muz? Wielbmy białe kartki.

 

czwartek, 24 listopada 2011
XXXVII kawa - Och, tato.

 

2011-11-24

                Świat jest dziwny, świat się zmienia. I my się zmieniamy, albo przynajmniej dostrzegamy rzeczy, których wcześniej nie widzieliśmy, albo widzieć nie chcieliśmy. Patrzymy jak to nasze dziecięce marzenia, postanowienia, wszystko, zmienia się pod wpływem czasu i wydarzeń. Spójrzmy na nas samych, ale odmłodzonych. Te malutkie istotki, paroletnie. Przypomnijmy sobie jak te maluchy marzyły, co same sobie obiecywały, jakie postanowienia ustanawiały.  Patrzę w młodości lustro i widzę tego szkraba, który po ogarnięciu mojego życiorysu, myśli i uczynków, patrzy na mnie z dezaprobatą. Nie jestem tym, kim miałem być, nie mam przywar o których nie tyle marzyłem, co byłem pewien, że je mieć będę. Mówiłem kiedyś sobie „Taki nie będę”, „Tego i tego robić nie będę”, „O tym nigdy nie zapomnę”. A jednak. Nie mam zamiaru przedstawiać kontrastów światów, ale mogę stwierdzić jedną, dość znaczącą rzecz. Jestem kopią mego ojca. Nie uważam tego, za coś złego, czy dobrego. To jest fakt, którego istnienia nie mogę podważyć. Jedna, wielka kalka, chociaż mająca pewne dziury. Myślę, że i On to widzi, chociaż wcale nie jest Mu to w smak. Bo mało miejsca dla nas jest, raczej troszku obok społeczeństwa tak jesteśmy. Humanizm przeżarty jest przez larwy, z których kiedyś wylecą szare motyle, ale czego, to nie wiem. Pamiętam jedną rozmowę, która chyba na zawsze zostanie mi w pamięci. Było to coś tak dobitnego, że po prostu nie da się wyprzeć. Sytuacja, której już raczej nawet nie umiem konkretnie umieścić na osi czasu. Jedna z kilku konwersacji mających duże wpływ na obie strony. Nawet już nie wiem które zdarzenie należy do którego dnia. Ale i tak to wszystko jest ważne.

                Pamiętam wieczór, dom rodzinny i okres, kiedy zacząłem podążać w stronę, której efektem aktualnie jestem. Okres, kiedy w sercu otworzyły się bramy dla muzyki Kaczmarskiego i całej armii geniuszy. Okres, kiedy począłem czuć wewnętrzny przymus, by czasami napisać cokolwiek. Okres, w którym, tak myślę, zacząłem powoli dorastać do niektórych rzeczy. No, ale wróćmy do sytuacji. O ile pamiętam, to wszyscy oprócz nas dwóch spali, ja też się raczej zbierałem ku łóżku, gdy papa powiedział coś, co pokutuje do dzisiaj.

-Wiesz synu, powiedz mi jedną rzecz. Po co Ci było wyjeżdżać do tego Lublina? Po co Ci było słuchać ludzi pokroju Kaczmarskiego? Po co Ci było zajmować się poezją, pisać, przejmować się światem, kontemplować? Nie łatwiej byłoby Ci nałożyć dres, posłuchać JP, disco polo, „Majteczki w kropeczki”? Zostać Tutaj w szkole, potem na glazurnika się pouczyć? Pochodzić na wiejskie dyskoteki, ogolić głowę na łyso, nadużywać słowa „kurwa”? Przecież życie wtedy byłoby o wiele łatwiejsze, nie miałbyś większych problemów, ani nic. Po co więc robisz to wszystko?

- Żeby było ciekawiej. – odpowiedziałem mu wtedy. Żeby było ciekawiej, żeby przeżyć więcej. Kurwa prawie drugi Faust. Tylko nie taki mądry.

Prawdę mówiąc często wracam do tych myśli. Do tych wspomnień. Czasami do tej pierwotnej idei, czasami do tej już lekko przekształconej przez Lublin. Ale wracam. I są momenty, kiedy rzeczywiście żałuję. Żałuję swojego wyboru. Jednak wtedy sobie przypominam, że życie regularnie kopie mnie w dupę, i to nawet mocno, jak mu się zachce. Przypominam sobie dlaczego tu jestem i dlaczego jest tak, jak jest. Podjąłem decyzję. Nasza aktualna pozycja sumą minionych doświadczeń. Nie zmienię tego, nie cofnę się, próbując jednak znaleźć tą łatwiejszą drogę. Bo jak człowiek dostał swoją dawkę życia, to nie wydali jej z organizmu. Nie wyeliminujemy tegoż pierwiastka jakimś innym. O nie, niestety... A może i stety? Chciałbym być dzieckiem. Chciałbym być choć po części być czystym, nieskażonym zanieczyszczeniami współczesności. Raz rozdmuchany całun nie wróci do swej postaci. Dlatego właśnie żyjemy do przodu. Dlatego właśnie, gdy dostajemy solidnego kopniaka w pośladki, spinamy mięśnie i robimy krok przed siebie. Nigdy wstecz. I to jest właśnie nasza droga. Nikt nie będzie stał przy nas i przekładał za nas nóg. Taki metafizyczny zanik mięśni nie istnieje, jedynie my sami możemy to sobie wmówić. Wtedy w pewny sposób jesteśmy straceni, bo dochodzimy do tego, że ogarnia nas bezwład.

Czy zostaliśmy zdefiniowani odgórnie, czy sami to robimy? A któż to wie, któż ma czas zastanawiać się nad tym? Jak masz za dużo czasu, to możesz mi oddać. Nie odmówię. Carpe Diem. Kurwa.

 

 

Daremne żale, próżny trud,
Bezsilne złorzeczenia!
Przeżytych kształtów żaden cud
Nie wróci do istnienia.

Świat wam nie odda, idąc wstecz,
Zniknionych mar szeregu:
Nie zdoła ogień ani miecz
Powstrzymać myśli w biegu.

Trzeba z Żywymi naprzód iść,
Po życie sięgać nowe:
A nie w uwiędłych laurów liść
Z uporem stroić głowę!

Wy nie cofniecie życia fal!
Nic skargi nie pomogą!
Bezsilne gniewy, próżny żal!
Świat pójdzie swoją drogą.

Adam Asnyk

środa, 23 listopada 2011
Proza - opowiadanie Lux VI.

Poprzednia część: http://lubelsko.blox.pl/2011/11/Proza-opowiadanie-Lux-V.html 

 

***

-Yakkingktonie, chyba widzę jakieś obozowisko.- rzekł krzepki mężczyzna, opierając się na długiej lasce wędrowca, z głowicą przypominającą wijące się korzenie drzew. Strój jego stworzony był z łatek skór wszelakich istot, materiałów o przeróżnej fakturze i kości zwierząt, zarówno tych dużych, jak i malutkich. Na stopach miał niesamowicie przetarte, powiązane sznurkami, skórzane buty, wysokie pod kolana, w które włożone miał płócienne spodnie. Nie wyglądało to może piękne, aczkolwiek było praktyczne i wygodne, chroniło przed prażącym słońcem na pustkowiach Jadeitowego Morza, które już zostawiło wyraźny ślad na twarzy podróżnika. Oblicze jego, pokryte obfitym zarostem i poprzecinane wieloma bruzdami, wyrażało spokój. Opalona, pomarszczona skóra, wraz z prawie, że niewidocznym stonowanym uśmiechem i spokojnymi niczym jadeit pod stopami oczyma, tworzyła obraz doświadczonego przez życie człowieka.

Mężczyzna wraz ze swym towarzyszem – ogromnym doylakiem – stawiając krok za krokiem, zbliżali się do jednego z obozów luxońskich. Z daleka widać było już ogromne, matowe skorupy ich żółwi, które to tworzyły swoisty kordon wokoło miejsca postoju. Pomimo faktu, że podróżował od zawsze i często odwiedzał te same miejsca, widział tych samych ludzi, to wciąż każde nowe, ludzkie skupisko, wywoływało w nim nieokreślone emocje. Przyzwyczaił się do pustki. Nie czuł już odcisków, bo stały się one już jednym z jego stopą. Nie oblizywał spieczonych i popękanych warg, nie łzawił, oczyszczając oczy. Za dużo by zasobów zużywał. Teraz jednak zamrugał kilka razy i wytężył wzrok. Próbował dostrzec charakterystyczne oznaki jakiegoś klanu, by móc  dowiedzieć się z którym to będzie miał tym razem do czynienia. Wypatrywał intensywnie, lecz żadnego rozwieszonego płótna, czy innej flagi. Również ludzi nie mógł się dopatrzeć, lecz spoglądając na niebo, stwierdził, że trwa aktualnie pora na posiłek, lub odpoczynek w cieniu, chowając się przed bezlitosnym słońcem, grzejącym swoimi promieniami. Mężczyźnie takie rzeczy już nie przeszkadzały. Z upałem zaprzyjaźnił się z czasem, żołądek przekonał, żeby jeść z rzadka i od niechcenia, a reszcie organizmu polecił dłużej utrzymywać w sobie wodę. Tym razem jednak sięgnął do pasa, wyciągając zza niego butelkę, w której na dnie zostało kilka łyków wody. On też może sobie przecież pozwolić na odrobinę luksusu. Przecież zaraz i tak uzupełni. Dość ciepła woda poczęła nawilżać całą jamę ustną, dając chwilę wręcz niespodziewanego odświeżenia, pobudzając całego człowieka. Aż się humor poprawił, co pozwoliło nawet na jedno, dłuższe, westchnięcie z przyjemności.

Krajobraz okolicy wyglądał praktycznie tak samo, jak w jakimkolwiek zakamarku Jadeitowego Morza. Zastygła powierzchnia jadeitu, w której to odbija się te nieubłagane słońce, dając różnokolorowe refleksy, które swoją wyszukaną gamą są w stanie wprowadzić w błąd oko obserwatora. Gdzieniegdzie przejawiały się jeszcze malutkie wysepki lądu, na których to stały najczęściej pojedyncze drzewa, umożliwiające chwilę wytchnienia pod liśćmi. Spokojne, piękne, statyczne. Jednakże również i niebezpieczne. Nie raz zdarzały się sytuacje, gdy zmęczony wędrowiec ulegał takim to błyskom, tworząc przed oczyma iluzję różnorakich rzeczy. Taki to człowiek zaczyna wierzyć w urojenia, zaczyna próby interakcji, biega, woła. Skacze ze skarpy, szczytu zamarzniętej fali, w dół, z głową skierowaną ku podłożu. Myślał biedak, że poniżej będzie woda. Ta żywa i niebieska, nie twarda, zielonkawa. I tak oto nieruchomy i zimno-kolorowy obraz zostawał na chwilę poruszony, zabarwiony czerwonawą posoką, z elementem skrzywionego ciała, powyginanych kończyn. Jeden moment, gdy, niekiedy absolutną, ciszę przerywa tępy dźwięk zderzenia z rzeczywistością. Na szczęście ten podróżnik nie byłby w stanie ulec czarowi świata wokoło. Jemu nie straszna była przyroda. Dlaczego? Ponieważ posiadał dwie ważne rzeczy: doświadczenie i swojego przyjaciela – Profesora Yakkingtona. A zwano go Nicolas Podróżnik. Wędrował po świecie wraz ze swoim druhem, towarzyszem niedoli – potężnym doylakiem. Była to istota podobna do wołu, jednakże o wiele potężniejsza. Głowę zdobiły dwie pary potężnych rogów, zagiętych ku ziemi, przy czym jedna para była o połowę większa od drugiej. Pysk miał koloru czerni, z białym paskiem pomiędzy oczyma, oraz grzywką, tego samego koloru, pokrywającą skroń. Oczy czarne, niczym dwa węgielki błyszczące, pomimo, że spokojne. Na swym wygiętym kręgosłupie, niczym na garbie, dźwigał pakunki, w których znajdowały się najpotrzebniejsze rzeczy podróży. Pomimo upału i obciążenia, które trzeba nieść całymi dniami, długie włosie zwierzęcia nie pokrywało się potem. Tak, jak jego przyjaciel – przyzwyczaiło się. Również kopyta miał mocniejsze. Większe i twardsze, zahartowane, cicho stukały, uderzając o zielonkawe podłoże. Teraz przystanęły, bo oto stanęli na skraju obozowiska, zdezorientowani widokiem, który rozpościerał się przed ich oczyma.

wtorek, 22 listopada 2011
Poezja - Kordian. Po cz. 1

 

Jam jest Kordian

Syn Juliusza

Co z gór mową chmury rusza

Bécu ojczym, skaza, plama

Rozlewana przez Adama.

 

Jam z Konradem w szranki staje

Romantyczny tworzyć byt.

Mi nie w celi serce kraje

Mową osiągnąłem szczyt.

 

Ma historia nie zamknięta

Myśli ludzi więc nie pęta.

Lecz strzelili, nie dobiegli

I dlatego stoję z nią

Duszą moją nieśmiertelną.

Na sąd boży z trwogą pełną.

 

Lecz co zrazu?

Patrzmy!

 

Wystrzelili

Postrzelili

Ja tam stoję.

Krwawię z wielu ran.

Czemu ciało nie opadło?

Czemu w oczach lisi blask?

 

Śmiech, otwarty, czerwonawy.

Lecz w połowie nagle trzask.

Znowu wystrzał, znowu w głowę

Czy mu odebrano mowę?

 

Skądże znowu! Patrzcie wciąż!

On tam stoi jak ten mąż!

Jak to, czyż on w dole jest?

Przecie Kordian martwy fest!

 

Skrzydłem anioł go zasłonił

Przecie z nieba nie wygonił!

To nie z góry zleciał on.

Tam usłyszał kiedyś „won!”

 

Więc co to za dziwny stwór?

Co Kordiana broni mur?

 

Na plecach ma trzy odrosty

Przy skroni złotawy cierń

Na czole dwa rogi mocne

Tożto tam Szatan jest!

niedziela, 20 listopada 2011
XXXVI kawa - Śnimy

2011-11-20

                Wszyscy śnimy. Jedni częściej, drudzy rzadziej, ale zawsze. Czym są sny? A któż Ci to powie? Tyle wiem, że w jakimś tam stopniu odpowiedzialna jest za to szyszynka i wydzielane przez nią środki (między innymi DMT, ale o tym kiedy indziej). Ja mam tak, że zazwyczaj kompletnie nic się nie dzieje, ale są okresy nadzwyczajnej aktywności podczas snu. Wtedy co noc coś się dzieje. I kilka dni temu nadszedł właśnie taki okres. Śnię nawet podczas półgodzinnej drzemki, co mało jest prawdopodobne. I właśnie chciałbym troszku o tym napisać. Mianowicie o tym, jak każda taka mara nocna wpływa na nasz światopogląd. Jedna nocka wystarcza, żeby w pewnym stopniu zmienić spojrzenie na daną osobę, albo spojrzeć na sytuację z innej perspektywy. Właśnie to jest fenomen. Kilka godzin wyłączenia świadomości i nagle podejście do niektórych osób przeobraża się, formując nowe kształty. Taka wielka zagadka umysłu, pociągająca, niezbadana. Deklaracja istnienia świata poza naszym wyobrażeniem.

 

Tagi: noc sen
11:10, pan.doman , Kawy
Link Dodaj komentarz »
czwartek, 17 listopada 2011
XXXV kawa - Alkoholowo.

2011-11-17

                Ostatnio Bierhalle, dzisiaj Browar na Grodzkiej. Z okazji takiej, że człek miał wolną chwilę postanowił zawitać i spróbować wytwarzanego na miejscu piwa. Pszeniczne wziąłem i zaczęło się kontemplować. Na ścianach wisiały stare fotografie Lublina, za udekorowaną chmielem ladą, stała wielka kadź. Wsypywano do niej co jakiś czas coraz to nowe składniki, rozprowadzając słodką woń świeżego piwa. Matko, ja chcę browar. Po prostu śni mi się posiadanie takiego wyposażenia i możliwość dzielenia się tym wszystkim wśród odwiedzających. Ale dlaczego akurat piwo? Tego nie wiem, po prostu. Nie widzę żadnej klarownej drogi życia, nie nadaję się do firmy, korporacji, czy innego psa, a alkohol akurat zawsze był gdzieś tak obok, niedaleko. Czy to mój papa, który niesamowicie lubi odkrywać nowe smaki piwo , czy ja, mały brzdąc, ugniatający winogrona na wino. Zawsze było to w zasięgu i tak jakoś przesiąknąłem tym po części. I czuję, że mógłbym tak stanąć przy kadzi, za ladą, nalać Wam piwa, ewentualnie pogadać. Wystarczające szczęście. Ale wróćmy do rzeczywistości. Mamy wieczór, obok herbata, obolałe gardło, chyba coś przewiało w międzyczasie. Mam pomysły na pisanie. Szczęście w nieszczęściu.

 

 
1 , 2 , 3