Kategorie: Wszystkie | Hyde Park | Kawy | Poezja | Proza
RSS
środa, 28 marca 2012
Proza - opowiadanie Lux IX.

Poprzednia część: http://lubelsko.blox.pl/2012/03/Proza-opowiadanie-Lux-VIII.html

Pierwsza część: http://lubelsko.blox.pl/2011/10/Proza-opowiadanie-Lux.html

                -Wojska cesarskie! – wzniósł się okrzyk z punktu obserwacyjnego. Był poranek. Suchy i bezwietrzny, jak to bywa na Jadeitowym Morzu. Luxoński obserwator, który zmęczony już swoją wartą, przysypiał co chwilę. Jednak nie w tym momencie. Kintajskie wojsko nie jest normalnym widokiem w tych stronach. Zwłaszcza, jak na przedzie maszerował zamaskowany, ubrany na biało, przedstawiciel Ministerstwa Czystości – departamentu do zwalczania zarazy panującej w miejskiej części kontynentu. Za nim znajdowało się około dwudziestu żołnierzy . Niemożliwym było to, że przybywali oni w sprawie sterylizacji. Może była to resztka z rozbitego przez przeważające siły plugawców oddziału. Nie nosili jednak oznak walki. Może dezerterzy, ale w tym wypadku jaki byłby sens w utrzymywaniu szyku? Jedynym chyba wyjściem na rozpoznanie sytuacji będzie rozmowa. Zwiadowca skinął na jednego z chłopców, bawiących się u podstawy jednego z żółwi, aby ten zawołał starszego. Maluch porzuciwszy zabawki, zwinnie przeskakując pomiędzy pakunkami i rozłożonymi rzeczami, pobiegł na drugi skraj obozu, gdzie w cieniu medytował potężny, aczkolwiek wysuszony starością mężczyzna. Spojrzał on na chłopca, skinął głową i począł wydawać polecenia.

                Poinformowana karawana poczęła przygotowywać się na przyjęcie żołnierzy. Sięgnięto po zasoby pożywienia i wody, nakazano dzieciom nie przeszkadzać. Kobiety oddaliły się, pozostawiając mężów gotowych na powitanie oddziału. Niepewne spojrzenia wędrowały między ludźmi. Czego mogą chcieć? Chyba jedynie starszy zachowywał całkowity spokój, stojąc na skraju obozowiska, w oczekiwaniu na zbliżające się jednostki. Poprzecinana bruzdami zmarszczek twarz, która wiele przeżyła, była niewzruszona. Gdyby nie nieznaczne ruchy ciała przy oddychaniu, wydawałoby się, że oto postawiony został posąg. Symbol stoickości luxońskich mędrców. Ten jednak drgnął, uniósł rękę  w geście przyjaznego powitania zbliżającego się wojskowego, który to jednak nie odwzajemnił pokojowego pozdrowienia. Krok za krokiem, w milczeniu, zbliżał się do skraju prowizorycznej palisady złożonej z pakunków rozłożonych pomiędzy tworzącymi krąg żółwiami.

                Oddział dotarł do starszego, wyminął go i cicho stanął pośrodku obozowiska, wokoło nich stali zaciekawieni członkowie karawany. Dzieci, schowane za stojącymi przy żółwich skorupach matkami, zaciekawione wyglądały co raz, widząc wojsko cesarskie po raz pierwszy. Złote elementy nieskazitelnych zbrój rzucały lekkie refleksy porannego słońca. Czerwień szat kontrastowała z zielonkawą powierzchnią jadeitu. Wzrok męskiej części zbiorowiska był pełen nieufności, wręcz wrogości i agresji. Atmosfera gęstniała z sekundy na sekundę. Nerwowe ściskanie rękojeści broni było tego najlepszym przykładem. Nawet stary mentor począł przyglądać się nieufnie, zdumiony brakiem odzewu.

  W pewnym momencie, członek Ministerstwa Czystości wyjął zwitek papieru i rozejrzał się po zgromadzonych. W tym samym czasie część żołnierzy rozpłynęła się w chmurach granatowego dymu, pojawiając się w różnych miejscach karawany, przy zaskoczonych strażnikach. Błysnęły ostrza i z każdego zakątka popłynęły okrzyki pełne niespodziewanego bólu. Wtem poruszyli się i pozostali członkowie oddziału. Poszybowały raniące nogi strzały i podpalające wszystko kule ognia. Ci, co próbowali uciec, padali na twarde podłoże ze strzałami  tkwiącymi głęboko w ich ciele. Świsnęły w powietrzu widmowe ostrza rytualistów, którzy wzywali wszelakie duchy z Mgieł. Krzyk umarłych wypełnił powietrze. Zawodzenie potępionych mieszało się z odgłosami konania. W kilka sekund dwudziestu żołnierzy rozprzestrzeniło się po terenie całej karawany, siejąc śmierć. Jedynym kuriozum była biała postać, która to jakby niewzruszona stała pośrodku rzeźni, z dokumentem w ręku obserwowała całe zajście. Tylko szare oczy nieustannie poruszały się. Beznamiętnie wodziły po cierpiących, rannych ludziach; co śmieszne, wyrażając jakiekolwiek emocje tylko wtedy, kiedy kilka kropel krwi trafiło na nieskazitelnie biały strój.

                Musiała minąć krótka chwila, by zdezorientowani Luxoni poczęli się bronić przed atakiem. Jednakże o wiele za późno. Trup zaczął już ścielić się na jadeitowej powierzchni. Desperackie próby obrony zdawały się na nic. Ostrza zabójców idealnie trafiały we wrażliwe punkty, powodując fontannę krwi, tryskającej z rany. Bezskutecznie poszukiwano pomocy w magii. Gdy jeden ze starszych członków karawany oddalił się na pewną odległość, by zacząć szeptać słowa zaklęcia, cesarska strzała przeszła prosto przez jego otwarte usta, dziurawiąc głowę na wylot. Jedynym dźwiękiem towarzyszącemu temu zdarzeniu był odgłos przecinanego powietrza, pękającej czaszki i ostatniego charknięcia, wydobywającego się z ludzkiego gardła. Kobiety cicho szlochały, kiedy miecz pozbawiał je głów, które jeszcze przez chwilę, pozbawione ciała, rzucały spojrzenia na otoczenie. Dzieci nie płakały, były w za dużym szoku. Siadały bezwładnie z szeroko otwartymi oczami i ustami. Nie stawiały oporu, szybko otaczały się czerwonymi kałużami krwi, która była już wszędzie. Stosy ciał, głów, wypatroszonych wnętrzności, wszystko skąpane we własnej posoce. Dzieci razem z kobietami, obok mężczyźni i zwierzęta. Żółwie zapłaciły za swoją ospałość. Nim udało się im wykonać jakikolwiek znaczący ruch, padały martwe pod natłokiem cięć. Niektóre upadały na podstawy skorup, inne przekręcały się na bok, zrzucając z siebie wszystkie konstrukcje tak pieczołowicie stworzone na ich grzbietach.

                Cała akcja trwała kilka minut. Szybkie i celne ciosy eliminowały ofiary natychmiastowo. Gdy już było po wszystkim, człowiek Ministerstwa schylił się do jednego z leżących wojowników, wziął do ręki nóż służący do patroszenia zwierząt i przybił dokument na jednej ze skorup, tak, aby był widoczny. Następnie odszedł razem z całym oddziałem, pozostawiając jeszcze ciepłe ciała na gnicie w prażącym słońcu.

sobota, 17 marca 2012
LXI Kawa - Psychodeliczny czwartek.

2012-03-15

Czwartek

 

                Wyszedł człowiek z mieszkania. O godzinie 15. Podjechał do centrum, spotkał się, poszedł na piwo, wypił piwo, zjadł, pogadał, posiedział i posłuchał. Nic specjalnego, normalne wyjście. Jednakże czemu tak znaczące dla mnie? Przynajmniej tak mi się wydaje, że musiałem gdzieś z kimś się zobaczyć, bo człowiek by zwariował.

                Nerwica mi gdzieś zniknęła. Nadal jej nie ma. Jest tylko ta pustka, co mnie męczy. Półtora roku temu, tak mniej-więcej, część mnie stała się cholerykiem. Na przestrzeni ostatnich dni ten choleryk zniknął. Jest pusto i nie lubię tego. Wolę już jak to jest. Niby zżera, ale niech będzie.

                Dzień pełen psychodeli. Co dziwne, jeden z najbardziej „normalnych”, jakie mogły by być. Nie wiem gdzie to jest, ale zapachy, widoki, wszystko jest jakieś takie „naćpane”. Właśnie dlatego, że są takie zwyczajne. Oczy mam szeroko otwarte i obserwuję. Mam takie dni, kiedy źrenice się rozszerzają, a wzrok wodzi po wszystkim, z namaszczeniem analizuje każdy skrawek rzeczywistości. Właśnie tego oderwania jest jakby więcej.

                Nie wiem za bardzo dlaczego tak jest, ale dzisiejszego dnia w pewnym sensie się boję.

piątek, 16 marca 2012
LX Kawa - Nerwowo.

 

2011-03-12

                Kurwa! Jeszcze do niedawna właśnie tak zakląłbym pod nosem, roztrzęsiony, z telepiącymi się rękoma, pełen nerwów i agresywnej energii. Dla każdego, kto mnie zna choć troszku bliżej, moja nerwica nie była niczym dziwnym – ot taka moja część charakteru. Reakcja na stres, rzeczywistość, ludzi,  do których nie powinienem pałać tak mroczną odrazą. Ja, choleryk.

                To wszystko ciągle tam, we mnie jest, ale zepchnięte z piedestału. Cała ta agresja jakby przestała wylęgać się w tym zbiorowisku mojej niechęci. Nie sposób dla mnie nie wezbrać żółci na widok pewnych osób, przeżywania konkretnych sytuacji. Zdarzały się sytuacje (nawet dość często), że błahostka, albo kuriozum wytrącała z równowagi. Wtedy to człek nie umie usiedzieć, miota nim, a on miota słowami, ręce drżą, źrenice się rozszerzają, żółć rozlewa się na postronnych. Z czasem wszystko mijało, uspakajało się, wracało do bycia pozytywnym. Po prostu organizm potrzebował oczyszczenia ze skumulowanych, niezbyt miłych myśli.

                Umysł mój chyba w pewnym momencie powiedział „basta!” i postanowił ewoluować. Może tylko na chwilę, jako odciążenie, a potem powrócić do wcześniejszego stanu, nie wiem. Podświadomość prawdopodobnie stwierdziła, że agresję można przełożyć na infantylność i tymczasowe schizy (troszku mocniejsze, niż zazwyczaj). Czasami po prostu wyłącza się, zamyka w sobie świat wewnętrzny, aby z zewnątrz nic nie dostarczać. Tak oto pojawiają się w przeciągu dnia chwile, w których „słyszę” duchową ciszę, pustkę.

                Widocznie nasz mózg potrafi czasem działać bez naszej świadomości, lekko przeprogramowując nas samych. Pytanie tylko, czy skutecznie, na stałe, czy tylko urządzając swoisty „urlop emocjonalny”. Hm, temat przeżyć choleryckich wydaje mi się ciekawy, będę musiał się kiedyś zastanowić nad tymi wszystkimi chwilami, gdy nerwy przejmowały nade mną kontrolę. Śmieszne. Ja, osoba pokojowo nastawiona, przeciwnik wzajemnej agresji, a z drugiej strony furiat, pobudzony przez coś, czego on sam nie wie.

czwartek, 15 marca 2012
LIX Kawa - Tak o patrzeniu wstecz.

2011-03-11

                Czym są wybory, których dokonujemy? Wielokrotnie rozwidlone ścieżki, każda inna, każda prawidłowa. Zależne od moralności, przekonań, sytuacji, czy ślepego szczęścia. Wobec czego zdefiniujemy „występek moralny”?

                Decyzje podejmowane przez nas muszą mieć podstawę w nas samych. Oczywistym jest, że nie będziemy zazwyczaj dokonywać wyboru sprzecznego z naszą naturą. Nie mówię tu o sytuacjach ekstremalnych, ale zwykłych, codziennych. Dana chwila danego dnia, w której to nasze myśli, oparte na doświadczeniu i umyśle, kierują tym, co robimy. I wtedy tą czynność wykonujemy płynnie, po naszemu. Jednakże jak to jest, że na przestrzeni kilku dni może nas dopaść przekonanie, iż nie była to decyzja taka, jaką byśmy teraz podjęli.

                Analizujemy każde zajście, każde wypowiedziane zdanie. Raz jest to świadomie, innym razem podświadomie. Zależy od człowieka. Tak, czy owak – szare komórki prowadzą czynną działalność. Działalność mającą na celu…? Właśnie; wyciągamy naukę z przeszłości. Czasami jednak nie powinniśmy. Czyny w afekcie, pod wpływem, czy przy stosownych czynnikach. Musimy brać pod uwagę wydarzenie jako całość, a nie jedynie zajście.

                Dlaczego o tym piszę? Bo rozmyślanie nad wszystkim i wyciąganie z tego nauki jest złe. Oczywiście, musimy mieć na uwadze wydarzenia z przeszłości, nasze decyzje i konsekwencje. Tylko czy na dobre wyjdzie nam sprowadzanie analizy aktualności do jednego, konkretnego przykładu, który miał miejsce jakiś czas temu? „Polak mądry po szkodzie”. Prawda. Moim zdaniem, powinniśmy jednak czerpać naukę z teraźniejszości, biorąc z niej jak najwięcej, nieustannie korygując, ustawiając konkretny, relatywny punkt widzenia. Przeszłość ograniczmy jedynie do nauczki, wspomnienia, ale nie bazy. Ważne jest dziś, nie wczoraj. Za dużo rzeczy za szybko się zmienia, by pozostawać przy nich na dłużej.

poniedziałek, 05 marca 2012
Proza - opowiadanie Lux VII.

Poprzednia część: http://lubelsko.blox.pl/2011/11/Poprzednia-czesc-httplubelskobloxpl201111Proza.html

Pierwsza część: http://lubelsko.blox.pl/2011/10/Proza-opowiadanie-Lux.html

 „Wola Cesarza” brzmiał nagłówek listu, przybitego do skorupy małego żółwia, leżącego pośrodku obozowiska. Chociaż prawdę mówiąc, to lepszym określeniem byłoby „miejsce rzeźni”. Wszędzie walały się zwłoki, na część zżarte przez zwierzęta, podgnite, wysuszone na słońcu. Zielona powierzchnia jadeitu przybrała ciemnobrunatnej barwy w wielu miejscach, zalana litrami krwi. Z rozpościerającego się widoku można było łatwo wywnioskować, że nikt nie przeżył. Pomimo zaawansowanego stopnia rozkładu, oczywistym było, że mniejsze i wątlejsze truchła należą do dzieci. Zastanawiającym był brak widocznych śladów dłuższej walki. Ofiary nie były przygotowane na walkę. Podstawy sztuki wojny, zaskoczenie sprzymierzeńcem.

„Z rozkazu wszechmocnego Cesarza, namiestnika Miasta Kaineing i władcy całego Kintaju, wykonana została egzekucja na tych oto przeciwnikach ogólnego pokoju. Zarazem zostaje wydany wyrok na wszystkich Kurzików i Luxonów. Za długo nasze ziemie były skąpane we krwi tych oto dwóch walczących ze sobą nacji. Prymitywny tryb życia, fanatyczne przekonania i zakorzeniona głęboko we krwi nienawiść, są gwarantem braku jakiegokolwiek dłuższego porozumienia. Cesarz, mając na względzie dobro naszych przyszłych pokoleń, jest z bólem zmuszony wydać rozkaz eksterminacji wszystkich klanów luxońskich i domów kurzikowych. Wzywa on również wszystkich synów i córki Kintaju, do wsparcia sprawy i pomocy przy likwidacji wspólnego zagrożenia.  Za każdą głowę mieszkańca Jadeitowego Morza i Lasu Echowald, przyniesioną przed oblicze przedstawiciela Ministerstwa Czystości, płacone będzie sto sztuk złota.

Chwała Cesarzowi i narodowi Kintaju!”