Kategorie: Wszystkie | Hyde Park | Kawy | Poezja | Proza
RSS
niedziela, 23 września 2012
Poezja - Pośród aromatów.

Czekolada i wanilia,

Gdy leniwie złączeni

Konsumujemy

Deser faktury delikatnej

 

Ciepła, miękka woń

I my wtuleni w nią.

Rozpływamy się

 Żarem żądz grzani.

 

Czy może

Świerk i ściółka leśna.

Gdzie dziki pęd zwierzęcy

I wolny krzyk zbliżenia.

 

Gdy kłuje, gryzie i uwiera

Krzyk pragnienia – jeszcze!

Gdzie nie tuli sennie

Do serca popiersie.

 

A  młodzieńczy cytrus rześki?

Ssie, wykręca i pobudza

Taki szybki, intensywny

Spazmatyczny wstrząs rozkoszny.

 

Może poproś

Kawę, whisky, tytoń dobry

Wręcz wyniośle, na spokojnie

W aromatach tak konkretnych.

 

Wyraziście, każdy akcent

Wszystkie nuty w tej symfonii

Dopieszczone na poważnie

Poruszają ręką mistrza.

 

A Tobie, Kochanie

Jak Ci pachnie seks?

poniedziałek, 20 sierpnia 2012
LXXIII Kawa - Ta prawdziwie czysta miłość.

2012-08-20

Stwórzmy paradoks. Postawmy moją osobę, która nie chce wypowiadać słowa „kocham” w przyjętym tego słowa znaczeniu. Miejmy na uwadze, że nie chcę w tej kwestii używać pojęć, a kreacji nienamacalnych. Jak powiedział John, że miłość jest czasownikiem. Też ciekawa kwestia. Po części się zazębiamy. Jednak właśnie teraz próbuję zdefiniować własne-nie własne pojęcie, na pewno stworzyć własną definicję. Nie będę się zgłębiał ponownie w aspekty „miłości” dwojga ludzi. Jeden, chaotycznie napisany, tekst wystarczy.

                Czym jest więc ta „Prawdziwie czysta, miłość”? Czy odbieram to pojęcie tak, jak Nienacki, jako tą duchową więź między ludźmi, kiedy to kobieta jechała za pojmanym mężem na Syberię, aby codziennie widzieć go przez chwilę, zza ogrodzenia, kiedy idzie do pracy? Jak coś, co trzeba powoli i w bólach kreować, popełniając po drodze wiele błędów i rozterek? A może to jest to uczucie, kiedy potrzeba nam jedynie osoby obok, samej świadomości istnienia dla nas, aby czuć się bezpiecznie? Być może, jeśli chodziłoby mi o stosunki tej najgłębszej warstwy, płaszczyzny dwojga osób.

                Ale nie chodzi.

                Widzicie, wyżej wspomniana płaszczyzna nie jest czysta. Każdy związek ludzki jest w mniejszym, lub większym stopniu bagnem, albo przynajmniej bałaganem. Jest to gówno, w którym siedzimy po uszy. Ale siedzimy razem. I to się liczy, bo jeżeli razem jesteśmy i tu, to możemy być wszędzie. No i właśnie ten moment ludzie już nazywają miłością. Niektórzy mają rację, inni się mylą, co wychodzi w praniu. Wagę i znaczenie pojęć przypieczętujemy podczas naszych ostatnich chwil na Ziemi.

                Więc co ja chcę stworzyć, jaką miłość, aby tego syfu nie było? Platoniczną? Nic z tych rzeczy. Prawdziwie czystą miłością jest tworzenie więzów wręcz rodzinnych z innymi ludźmi. Znowu, trudno mi określić, kto jest niby przyjacielem, a kto jeszcze nie. Z łatwością natomiast przychodzi mi określenie mojej „duchowej rodziny”.

                Otóż, dla jednych rodzina kończy się na krwi, dla innych to organizacja, ugrupowanie. Dla mnie,  familię kreujemy sami. Nazwisko, krew, to jest priorytet. Znaczący. Aczkolwiek na tym świat się nie kończy. Są jeszcze Ci, których „adoptujesz”.

                Każdy człowiek szuka w swoim otoczeniu osób, które mógłby zaadoptować. Takie to persony najczęściej są uosobieniami brakujących ogniw w „jedynym, prawdziwym, systemie drzewa genologicznego”.  Może ktoś, kto surowym okiem by nas ogarniał, zupełnie jak ojciec, albo doceniał i wspierał jak brat? Może po prostu był dla świadomości, że znaczymy dużo dla niektórych. Osoby będące wypełnieniem nas samych. No, jeśli nie uzupełnieniem, to wzmocnieniem atrybutów.

                Od zawsze obserwowałem to zjawisko. Widziałem tworzenie połączeń, które właśnie wyżej wymienionym celom służyły, sam byłem ich obiektem. Pięknym wręcz jest moment, kiedy zaczynam widzieć całą sieć, skupiska, tych intensywnych powiązań. Wystarczy chwilę się zastanowić, przeanalizować i poszperać w pamięci, a kreuje nam się wspaniały obraz ludzkich powiązań.

                Nieświadomie stworzyłem własną rodzinę. Wobec tej pierwotnej czuję zobowiązania i powinności, a jeśli chodzi o resztę… Z niektórymi osobami rozpocząłem tworzenie jednego, wspaniałego, ciała, zawierającego wiele dusz i kończyn, ale mocnym, zjednoczonym sercu. Oczywiście, jest to rodzina z jednym centrum, z rzadka mająca powiązania wzajemne. W tej rodzinie ja jestem centrum, które spaja, w ich przypadku to ja jestem elementem siatki. I właśnie to jest piękne. Każdy z nas posiada własną rodzinę, którą egoistycznie stworzyliśmy. W skład wchodzi więcej, lub mniej osób, to nie ma znaczenia. Liczy się zarówno to, aby takową familię posiadać, ale i być elementem składowym cudzych „duchowych drzew genologicznych”.

                I właśnie swoją rodzinę, zarówno oryginalną, jak i wykreowaną, scentralizowaną na mojej osobie, kocham miłością prawdziwie czystą. A jak ją streścić w kilku słowach, zachować samą ideę? Nie wiem, za dużo indywidualnych podejść.

niedziela, 12 sierpnia 2012
LXXII Kawa - Gdy piszemy w nocy.

 

2012-08-09 00:10

                Taka zmora, gdy chce Ci się pisać, a pod ręką nawet długopisu brak, nie wspominając już o kawałku kartki. Dodajmy do tego brak światła, poświatę telewizora i troszku piwa. Środek nocy, każdy w łóżku, a ja czuwam, cholera wie po co. W sumie, jest to jedyna pora, kiedy człek ma możliwość zaznania krztyny spokoju, którego mi tutaj tak brakuje. Troszku ciszej, troszku ciemniej, troszku miejsca na rozkminy.

                Z bardziej zawodowego sportu zrezygnowałem już więcej, niż rok temu. Do tego, w dość głośnym stylu. Do dzisiaj jest mi to wypominane, a ja zastanawiam się „co gdyby?”. Wszystko nabiera mocy, gdy oglądam mecze, czy po prostu wspominam przy jakiejś losowej okazji. Sęk w tym, że najczęściej w pamięci, przy takich okolicznościach, nie pojawiają się scysje, konflikty, prosta, wzajemna agresja między swymi. Pamięć nasza właśnie tak została stworzona, aby raczej złe chwile rozmywać, a te dobre gloryfikować. Negatywy przykryte całunem, który w swoisty sposób nas chroni. I dobrze, trzeba żyć pozytywami.

                Co więc ja pamiętam? Co mi przychodzi na myśl, kiedy chce mi się wrócić? Emocje. Emocje, energię, adrenalinę. Smak zwycięstwa, porażki, uczucie wyprucia z sił, swoistego oczyszczenia. Dobrze wspominam sekundy decydujące o finalnym wyniku, determinację, która pozwalała walczyć do końca. Pamiętam, jak sobie nuciłem Kaczmarskiego podczas treningów, jak boli uderzenie, albo jaką satysfakcję gwarantuje pokonanie wymagającego przeciwnika. Jednak właśnie wtedy przychodzi również ta gorsza strona, wykreowana, niestety, przez innych.

                I rodzi się wtedy pytanie, czy człowiek postąpił słusznie, że oddał się innym ścieżkom; stwierdził, iż wystarczająco zaciskał zęby. Czy aby? Na to już nie znajdę odpowiedzi. Pozostaje mi oglądać mecze, wspominając jak to się człowiek czuł i mieć świadomość, że czerpię teraz dużo satysfakcji z tego, co robię. Nie żałuję. Myślę, że podjąłem brzemienną w skutki decyzje, ale właśnie takie trzeba podejmować. Czasami, po prostu, stanąłbym jeszcze raz na boisku, rozejrzał się wokoło i poczuł ten ból.

                Nie możemy być wszystkim, więc rezygnujemy z jednego na rzecz drugiego. Głupcem jest ten, co nie wybiera. Możemy kierować się różnymi pobudkami. Ja postawiłem potrzebę ducha ponad profity. Czy dobrze? Cholera wie. Moje życie jest pełne ślepych trafów. Jak dotychczas, to żyję. Co potem? Na to najdzie czas.

                Nie jestem pewny, czy jestem tym, kim chciałbym. Z drugiej strony, moje wybory, których większości nie żałuję, definiują obecnego „ja”, czego nie żałuję. Taki lekki paradoks. Można powiedzieć, że z jednej strony całkowicie odrzuciłem obecnego siebie, ale również aprobuję czyny, które mnie kreują. Jeśli takim mam być, to niech to będzie chociaż z mojego, własnego wyboru. Tak więc, ja-dziecko odwróciłbym się od współczesnego ja. Przeszłości nie pamiętam, o przyszłości nie idzie myśleć. Została teraźniejszość. Z dawnych czasów, w mojej głowie, siedzą dziecięce postanowienia. Nie zrealizowałem ich. Tego też nie żałuję.

                Więc pytam, co by tu jeszcze spieprzyć, panie i panowie? Spaprać tak, aby znaleźć aprobatę samego siebie. Wiem tyle, że za te wszystkie lata, nie będę tym, kim teraz chcę być, mieć tego, co chcę mieć. Ty zresztą też. A wiesz dlaczego? Bo na bieżąco paprzemy naszą teraźniejszość. Bez skrupułów, czy żalu. Bo najlepiej, to się buduje na gruzach.

                W sumie, jest za ciemno, aby pisać.

wtorek, 24 lipca 2012
LXXI Kawa - To, czego chcemy.

 

2012-07-17

                Wszyscy pragniemy czegoś. Potrzeby są wpisane w nasze istoty. Punkciki do których chcemy dążyć. Tak, to jest bardzo odkrywcze, nieprawdaż? Jednakże zastanówmy się, czego te pożądanie dotyczy. Może i Ty sam, czytelniku, teraz weźmiesz kartkę papieru i coś do pisania. Zapewne już wiesz  co zrobić. Wypisz sobie to, czego chcesz. Albo przynajmniej miej to rozpisane w głowie. Jest? Dobrze.

                Teraz zacznijmy powoli analizować nasze notatki. Miejmy tylko na uwadze jedną, jedyną rzecz. I Ty i ja to zwierzęta w pewnym stopniu. Proste, wywodzące się z natury ludzkiej, potrzeby możemy skreślić. Większość pragnie być kochana w ten, lub inny sposób, nawet jeśli tego bezpośrednio się nie wyraża. Pragniemy szczęścia, sukcesów, bycia docenionym. Większość czynności i chęci ukierunkowujemy właśnie w tym kierunku. Wykreślmy to, bo to nie jest idea Ciebie. W tym momencie możemy zacząć myśleć nad tym, co zostało. Im więcej wpisów, tym ciekawsza osoba, tak w założeniu. Bo nie tylko odczuwa potrzeby „naturalne”, ale i personalne. Ewentualnie, patrząc z drugiej strony, możemy po prostu pragnąć mało, bo dużo do szczęścia nie trzeba, albo skromnie patrzymy na świat. Tak, czy owak, moją jedyną radą jest to, aby nie skupiać się na tym, co pochodzi od naszej, ludzkiej, natury,  a bardziej na tym, z nas.

                Zdani na siebie, na ziemskie życie i ludzkie decyzje, nasze rozkminy. Bo przecie w sumie to tam, w środku jesteśmy tylko my. No, nie licząc po prostu innych obrazów nas samych, tyle, że z innej strony. Więc w sumie to walczyć powinniśmy tylko z sobą, pokonawszy siebie, innych kruszymy wzrokiem. Przed nami pionowa ściana. Na jej szczyt wespniemy się jedynie po stercie zwłok nas samych, rzuconą pod nasze stopy. Zwyciężywszy odrazę i niechęć do truchła, zaczniemy doskonalić nas samych.

                Pozostaje nam pytanie co robić z tymi, co jednak pozostają w sferze czystej natury ludzkiej. W sumie, to przecie wszystko sprowadza się do prostych nitek, które wystarczy pociągnąć w odpowiednim momencie. Można nimi targać, podcinać, pielęgnować. To wszystko zależy jedynie od nas.  Od tego, czego pragniemy.

                Moją mentalną kartkę nawet zapisałem. Chociaż, tak w sumie, to duża część może sprowadzić się do swoistego Carpe Diem w Domanowym wydaniuWciąż nie mogę dojrzeć tych punktów, do  których bym dążył.

wtorek, 17 lipca 2012
LXX Kawa - Holendersko



2012-07-04 23:59

                Ano, jestem w Holandii od kilku dni, więc wypadałoby co-nieco napisać. Nieprawdaż? Od godziny już jestem w mieszkaniu, akurat po pracy; wystarczyło na ugotowanie obiadu i wypicie piwa; dobrze nawadnia człowieka. Pokój metr na dwa i pół, dwa materace i lustro wiszące. Na więcej nie starczyło miejsca. Torba pod rusztowaniem materaca, dość ciasno, ubrania wyciągam na ślepo. Jednak nie jest źle. Jeśli nie pada, to okno otwarte, a jeśli już deszcz się pojawi, to jest wystarczająco zimno, że duszno już być nie musi.

                Od Holendrów można się tyle samo nauczyć, co i potraktować jako przestrogę. Wakacyjna szkoła życia. Kultura jazdy i zachowania na drodze. Tak samo wkurwia, jak i zadziwia. Elektryczne znaki drogowe, jezdnie „jednopasmowe”, nawet jeśli droga dwukierunkowa. Po prostu bazujemy na grzeczności i uprzejmości. Czasami jedynie pozornej. Jednakże do  jesteśmy zmuszeni, gdyż drogi miejskie mają po obu stronach swoiste zwężenia, między którymi może przejechać tylko jedno auto.  Inne znaki, inna sygnalizacja. Wszystko inne, nawet robotnicy siedzą po nocach, kiedy nie ma ruchu, aby roboty przeprawić. Dość duży kontrast w porównaniu do naszych małych roboli koło Piasków, którzy rozbijają sobie grilla i grzeją dupsko w słoneczku. Kuhwa, tu miasta mają wybrukowane jezdnie, a międzymiejskie drogi są idealne, bez jednej dziury. Jedna jezdnia, zakaz wyprzedzania.

                A co ze słynnymi rowerami? Ja już wiem dlaczego są tak słynne. Pieszy tutaj to ewenement. Nawet chodników nie ma, jedynie ścieżki rowerowe. Kiedy idziemy np. do sklepu, to kolumny jeźdźców obdarzają nas zdziwionym wzrokiem. Nie jest ważne, czy jest to dzieciak nastoletni, czy babka stara, każdy jeździ, przeważnie, na podobnym rowerze. Prosta rama, praktycznie „damka”, czarny, z koszykiem albo bagażnikiem. Swoisty sposób na życie. I ja to popieram, taką krajową specyfikę, która nie tylko jest, ale i się przydaje.

                Wbrew pozorom, to do czynienia miałem z niewieloma Holendrami. Jednakże z tego, co obserwuję, to zauważam, że jednak jest duży podział na rdzennych mieszkańców, a obcokrajowców. Holendrom można o wiele więcej, niż nam. Dokładnie widać to w pracy. To, za co ja byłbym ojebany, to im nie dzieje się nic. Cóż, mają prawo. My sobie poradzimy. Musimy i tak też zrobimy.

                Jak z mieszkaniem? Jak na stancji, tylko ciaśniej. Zdani na siebie i tylko na siebie. Da się przeżyć, można powiedzieć, że nauczono mnie tego. Doświadczenie. No, inna kwestia, że widujemy się różnie, zmiany w pracy, a po robocie obiad, piwo, spać. Alkoholik pierdolony. Jeszcze nie, aczkolwiek piwo po pracy jest przecie milutkie. Wracasz spięty i zmęczony, to łapiesz swoisty masaż i tabletkę nasenną. Jutro przecie nie musisz się zrywać nad ranem, ale leniwie dnia nie spędzisz. No, zawsze jest coś do zrobienia, nawet jeśli jest to proste pogrywanie na laptopie. O dziwo nawet porządek jest pilnowany. Dziwna symbioza, nawet sobie posiłki wzajemnie gotujemy. Zmiany, próby współistnienia. Chyba dotarła świadomość, że jakoś musimy ze sobą przeżyć jeszcze troszku czasu. Śmiechem, żartem, scysją, słowem. Poradzimy sobie. Albo przegryziemy gardła wzajemnie, wszystko jest tu możliwe, kalejdoskopowe.

                W międzyczasie dokończyłem „Wielki Las” Nienackiego, który to nie daje mi spać już drugą noc. Nawet nie chodzi mi o analizę, czy główną oś fabuły. Po prostu to „coś”. Książka przepełniona filozofią życia, erotyzmem, nawet zahaczając o elementy turpizmu. Odkrywanie samego siebie, słuchanie natury, zmiany, pęknięcia w duchu. Chociaż i znowu próbuję zrozumieć każdego. I jednak widzę samego siebie, który nauczył się empatii, bo tego się wymaga, bo kultura, element człowieczeństwa. Żadna potrzeba z głębi, a zwykłe przystosowywanie się. Czy wierzę w tezy rozrzucone po tekście, idee, ciągi przyczynowo-skutkowe, które odnalazły swe pokraczne zakończenie? Sam nie wiem, chociaż długo myślałem nad niektórymi. Przeczytasz, to możemy rozmawiać. Śmieszne jest to, że bywałem od tej książki odciągany, a ostatecznie podsumowany stwierdzeniem, że sięgnąłem po dość specyficzną lekturę. Miłe jest to, że w tej właśnie książce odnajdujemy różne wersje opowieści. Wiele osób przeczyta i każdy może mieć swoje odczytanie i każde będzie dobre. Bo czemu nie? Bądź Weroniką, Bullowem, Bunderem, Marynem, Horstem, czy leśnym człowiekiem. Jeden pies, szukaj siebie, szukaj swojej miłości, swojego postrzegania świata.

                Tutejsze powietrze jeszcze bardziej wzmocniło moje sny, które nękają mnie ostatnimi tygodniami. Nie ma nocy, kiedy nie byłbym rozkminiał, wspominał, śnił, również o Tobie. Poznawał swoje tęsknoty, hierarchizował ludzi, zastanawiał się, cholera wie nad czym. Raz to budzi się człowiek zlany potem, przestraszony, szczęśliwy, zdezorientowany, czy jaki tam tylko chcesz. Mamy dość szerokie spektrum. Niestety to nie ja wybieram, a jakoś nie pałam ani siłami ani chęciami, do zmiany tej losowości. Może i tak jest lepiej. Zawsze jakoś lepiej poznam samego siebie. O ile to rzeczywiście jestem ja.

                Detoks od ludzi, swojego świata i swoich norm jest jak najbardziej pozytywny. Może nie przyjemny, czy tak w głębi ducha pożądany, ale w ostatecznym rozrachunku, pozytywny. Chciałoby się inaczej, ale przecie trawa w ogródku sąsiada zawsze zieleńsza, a plany piękniejsze od rzeczywistości. Pamiętajmy, że przecie to my się wypinamy na kopniaki życia. Tej niewidzialnej siły obutej w robocze obuwie, z metalowymi płytkami w noskach, aby uderzenie bardziej bolało. Mi nie przeszkadza, bo wiem, że przeżyję. Śniąc widzę również skrawki swoich pragnień, czy tychże planów. Chciałbym i można powiedzieć, że tęsknię za opcją wyboru, albo za dostępem do tych ścieżek. Jednakże nie ma tego złego. Kumulujemy się w sobie. Jeśli tamten świat, pozbawiony mnie, pozostanie w miarę przystający do tego, co zostawiłem, to będę szczęśliwym człowiekiem. Pal licho wakacje, pracę, czy minione dni. Ważne jest i będzie teraz, chociaż nie mogę pozbyć się przeróżnych myśli i wyobrażeń sytuacji panujących w „moim” świecie. Pod moją nieobecność. Bawi  mnie to, że uczepiam się jedynie kilku prostych aspektów, dla których mógłbym olać resztę. I tego również Wam życzę. Abyście zawsze mieli fragmenty swojego życia, które po jakimś czasie okazują się właśnie tym, za co oddalibyście i całą resztę puzzli. Trzymajcie kciuki. Idę robić dalej, myśleć dalej, może i pisać dalej. Polski kołchoz, polski, holenderski światek. Robota, robole, robocizna, wypłata, a gdzieś z boku ja. Nawet Wam pomacham. A co mi tam. Podobno zarabiam, spłacam wyjazd, odkrywam nowy świat i tęsknię za starym. Ile w tym ducha, a ile nauki społeczeństwa? Cholera wie i niech tak zostanie.

16:09, pan.doman , Kawy
Link Dodaj komentarz »
niedziela, 24 czerwca 2012
Poezja - Turpizm, erotyk?

 

Nie całuj mnie.

Gryź, zostaw zębów ślad;

Liż, wykręcaj mnie w ekstazie.

Czuj orgazmów smak.

 

Nie całuj mnie.

Rzuć się. Głodna

Wbij paznokcie, wydrap oczy,

Daj mi słodki ból.

 

Potrzebuję, pragnę, żądam

Przebić skórę. Słyszeć krzyk.  

Niech Czerwony będzie świat.

Gdy pragniemy się wzajemnie.

 

Otocz mnie żebrami,

Kiedy serce Twoje zjem.

 

Oddech mój                

A puls Twój.

 

W plątaninie

Kości, żył.

Nie całuj mnie,

Spokój daj.

 

Nie całuj mnie.

Pożądaj,

Chciej,

Kochaj perwersyjnie.

niedziela, 10 czerwca 2012
LXIX Kawa - Pojęć kilka i wkurwień. Zbieraj dupsko!

 

30-31.05.2012

                

A dzisiaj specyficznie. Piszemy serbskim, zdobionym długopisem, obok leży Herling-Grudziński, a myśli, które znowu w trudach formowałem, zniknęły. Trzeba wysilić się na nowo i znaleźć słowo-klucz.

                Na chwilę obecną-pogarda. Każdy gardzi innymi, na swój sposób, nie ma co się roztrząsać nad tym. Tu wspominamy o moich spostrzeżeniach i opiniach. Jak to się mówi – „Na dwoje babka wróżyła”, tak jest i w tym przypadku. Nie trawię osób np. stylizujących się na daną modłę i nie mówię tu tylko o ubiorze. Nie rozumiem takiego ograniczania się. Wiem, sami tworzymy sobie granice, aby było bezpieczniej. Może zazwyczaj nie chronią nas one przed światem zewnętrznym, ale doskonale ustalają nam linię, której nie możemy przekroczyć. Człowiek jest słaby, narzuca sobie ramy, aby czuć się pewnie w swojej strefie wpływów, całkowicie negując istnienie innych wymiarów. Narzucamy sobie dany tok mówienia, ubioru, zachowań, myśli. Napawa nas przerażeniem możliwość istnienia innej strony naszego poglądu.

                Nie mogę jednak jednoznacznie przekreślić tej idei – wielu osobom ograniczony świat najwidoczniej starcza, innym nie.  Sam mam granice: te, z którymi chcę walczyć i ewentualnie te ustawione w celu ochrony przed czynnikami zewnętrznymi. Te drugie to akurat lubię, świadomie je stworzyłem, ale w taki sposób, aby przepuszczały z jednej strony – ode mnie. Najwidoczniej wszystko za tą metaforyczną linią zostało uznane przeze mnie za nie tyle, co zbędne, a niebezpieczne. Umysł można zarówno zniewolić, jak i wyzwolić, kierować na coraz to nowe tory, szukać coraz to nowych idei, poglądów, kompilacji faktów. Jedyne co nas ogranicza, to my sami – po części spowodowane jest to ułomnością naszego ciała, ale również niechęcia własnego ego, duchowego ja, do rozwoju, do zmian.

                Mówiono mi jednak „okaż empatię, zrozum ludzi”. I rozumiem. Rozumiem na tyle, na ile sam jestem człowiekiem świadomym swego istnienia. Dlatego pomimo krytyki, rozumiem nasze ograniczenia, lęki i przekonania. Wszakże i ja je mam.

                No, ale może przejdźmy do czegoś, co mnie po prostu irytuje.

                Jedną z najbardziej psujących krew grup ludzi, są osoby, które po prostu potrzebują solidnego kopniaka w dupsko, aby się zreflektować, czy coś w tym stylu. Jęczy ci, płacze i użala się, szuka okrężnych definicji, brnie ślepo w bezmyślnie obranym kierunku. Tak, oni są biedni, potrzebują wsparcia, rozmowy, zrozumienia, ale ile można?! Niedługo, inaczej zaczyna nam się jakaś patologia A można by dużą część dylematów rozwiązać w sposób następujący: dajesz delikwentowi w twarz, po uprzednim uświadomieniu go o każdym aspekcie problemu, wykrzyknięcie „ogarnij się!”, a następnie siarczysty kopniak w pośladki. Może dzięki temu, ten osobnik zacznie działać, zrobi coś raz, a dokładnie, definitywnie. Takich ludzi często trzeba skląć, postawić przed brutalną rzeczywistością oraz widmem przyszłości – tym prawdziwym, a nie jego własnym, wykreowanym. Nie skutkuje? Cóż, może przypadek beznadziejny. Może czas olać marudę słowami „wróć, kiedy się ogarniesz, teraz zejdź mi z oczu”? Często najbardziej brutalne metody są najskuteczniejsze w takich przypadkach. Jednak nie zawsze, dlatego właśnie ważne jest rozpoznanie osoby z jaką mamy do czynienia. Do mnie nie przychodzi się użalać (chyba, że jest to tzw. Posiadówa zorganizowana w celu wylania, przez każdego członka spotkania, wszystkich smutków i żali przy stosownych dodatkach). Jeśli przychodzisz płakać, to chociaż wiedz, kiedy nastawić policzek. Co z tego, że z początku zostaniecie okrzyknięci mnóstwem przeróżnych epitetów o negatywnym wydźwięku, potem ludzie dziękują. Przynajmniej tak nakazuje przyzwoitość.

                Może jeszcze pokrótce o niezdecydowaniu. Jest ona zmorą dzisiejszych ludzi. Brakuje stanowczych, wyraźnych działań! Szukamy półśrodków, spulchniaczy, próbujemy wysłużyć się innymi. Jeśli już chcemy sterować ludźmi, to chociaż róbmy to dosadnie, dla konkretnej idei, by osiągnąć konkretny cel!

                Nie lubię miałkości, nudy, apatii, czy ignorancji. Czemu by tak nie próbować zniszczyć tych pojęć, głęboko zakorzenionych w ludziach?

1 , 2 , 3 , 4 , 5 ... 17