Kategorie: Wszystkie | Hyde Park | Kawy | Poezja | Proza
RSS
środa, 18 stycznia 2012
XLIX kawa - Spotkania.

 

2012-01-18

http://www.ted.com/talks/lang/pl/matt_cutts_try_something_new_for_30_days.html

Najpierw krótki wstęp co do filmiku powyżej. Spodobał mi się, zresztą jak większość na tej stronie, zainspirował. Polecam przejrzeć zasoby www.ted.com bo warto. Każdy znajdzie coś dla siebie, każdy się czymś zainspiruje, zafascynuje, czy po prostu przyjmie jako ciekawostkę (wykład o algorytmach – świetny, a wcale nie mówi o matematyce!). Dziwię się, że dopiero teraz o tym wspominam. Więc już, zapamiętać i odwiedzać.

                Wczorajszego dnia musiałem pobyć niecałe półtora godziny w McDonaldzie, jako, że ciepło i w ogóle, kawę mają. Usiadłszy przy takim długim stole, w sąsiedztwie trzech siedzeń, koło prawdopodobnie Turka, zanurzyłem się w lekturze Newsweeka. Mój sąsiad wytrwale studiował Anonse, widać było, że z marnym efektem. Po chwili zagadał do mnie „Sorry, do you speak english?”, „Of course I do.” Odpowiedziałem. Po krótkiej wymianie zdań sytuacja była dla mnie jasna. Ten oto mężczyzna, pozbawiony jakiejkolwiek znajomości języka polskiego, pragnie wynająć pokój, w którym to mógłby składować swoje klamoty. Z racji tego, że miałem czas pomogłem mu. Bardzo sympatyczna osoba. Pod koniec nawet się przedstawił, ale moja skleroza zepchnęła jego imię gdzieś poza moją pamięć. Podarował mi również tą gazetę, jedynie zabierając strony, które razem wyselekcjonowaliśmy.

Dlaczego o tym piszę? Ponieważ zacząłem się zastanawiać jakbym ja wylądował w relatywnie egzotycznym miejscu. Pozbawiony wsparcia jakiegoś znajomego, który mógłby wspomóc znajomością kraju, języka, miasta. Wszystko samemu.

                Dobrze, że jednak przyjeżdżają do nas ludzie zza granicy, za którą tylu z nas chciałoby uciekać jak najdalej. Nie znam motywacji tegoż mojego przejściowego znajomego, ale tak, czy owak. Jest/był tu. Wbrew całej naszej niechęci, jesteśmy atrakcyjni dla innych.

Chciałbym również wspomnieć o innym spotkaniu, które to miało miejsce dnia dzisiejszego. Czekając o godzinie 21 pod KUL`em na MPK, towarzyszyło mi kilka osób. Niby nic nowego – przecież Lublin nie jest miastem duchów, ale wzrok mój wyłapał dwie konkretne osoby. Młodą kobietę i bardzo niskiego osobnika, płci prawdopodobnie również żeńskiej, aczkolwiek dłoni nie dałbym sobie uciąć.

Pierwsza przyciągnęła moją uwagę swoim zachowaniem, a dokładnie tańcem. Nie mogąc ustać w miejscu, możliwe, że przez ujemną temperaturę, poczęła poruszać się w rytm muzyki, którą słyszała tylko ona. Bez skrępowania, raz wolniejsze, raz szybsze ruchy. Jakaś kobita, matka pracująca, patrzyła się krzywo na to zajście, ja krzywo patrzyłem tylko na nią. Dziewczyna zasługiwała na aprobatę.

Z drugą osobą było całkowicie inaczej. Była to persona bardzo niska, pozbawiona jakichkolwiek wyraźnych śladów którejś z płci. Rysy twarzy, oraz futrzana czapka wskazywały na kobietę, ale niższy głos i reszta stroju sugerowały mężczyznę. Wyglądała na mocno zniecierpliwioną, chodziła po całej długości przystanku, klęła pod nosem, sprawdzała godzinę i ogólnie mówiła do siebie, nie zauważając reszty świata. Nawet kiedy zajechał jakiś autobus, a ona stała dokładnie pośrodku wyjścia, nie ruszyła się, tylko kontynuowała swój prywatny wywód. Język ostry, siarczysty, przekaz prosty. Co może wydawać się dziwne, do tej osoby też nabrałem sympatii. Przypomniało mi się powiedzenie „Mówienie do siebie oznaką szaleństwa.” Możliwe. Ale co z tego?

                Takich „wariatów” nam trzeba. Społeczeństwo potrzebuje armii unikalnych jednostek, które to niczym gwóźdź, wbijały się w szarą masę ludu, rozrywając spójność betonowego świata. Ostatnio chyba robię się częściowo monotematyczny, nieprawdaż?

Dość długi wywód mi wyszedł. Cóż, nie ma sprawy. Dalszy ciąg jutro? Cholera go wie, przydałoby się.

  Na zakończenie przypomnę jedynie, już kultowe, zdanie wypowiedziane przez Jockera.

„Why so serious?”

poniedziałek, 16 stycznia 2012
XLVIII kawa - Krótka rozkmina o starszych.

 

2012-01-16

                Ostatnimi czasy optymizmem napawają mnie przykłady osób starszych, które to spotykam albo w MPK`u, albo podczas oczekiwania na niego. Jestem szczęśliwy, że w naszej statystycznej, polskiej, społeczności zrzędliwych, chorowitych i w ogóle post-PRL`owskich staruszków, znajdują się perełki. Wyobraź sobie, czytelniku, że widzisz parę osób w podeszłym wieku, niczym za bardzo się nie wyróżniającą. W oczekiwaniu na zielone światło zaczynasz przyglądać się ich odruchom, podsłuchiwać mowę. Czasem okazuje się, że droczą się jak małe dzieci, darzące się wzajemną sympatią. Innym razem w tonie głosu rozpoznasz bardzo ciepłe nuty, czy subtelne ruchy np. położenia dłoni na tej swego partnera. Kiedy indziej słyszymy śmiech wywołany ciągłymi żartami, żarliwą dyskusją, czy próbą integracji z pasażerami autobusu. Właśnie w takich momentach uśmiecham się.

                Lubię takie osoby. Fascynują mnie. W momencie, kiedy dane jest mi już rozstać się z tymiż to osobnikami, mam ochotę podbiec do nich, zaprosić na rozmowę, czy przynajmniej zamienić kilka słów. Swoisty magnes optymizmu.

                A oni nawet o tym nie wiedzą, jaką to aurę wokoło siebie roztaczają.

sobota, 14 stycznia 2012
XLVII kawa - Piszemy do Góry.

 

Lublin  2012-01-10

Do: Niego

Od: Ja

                Drogi Ty,

                Piszę w sprawie sam nie wiem jakiej. Jednakże jak już zacząłem pisać, to wypada wspomnieć o czymś, nieprawdaż? Aczkolwiek na wstępie pragnąłbym pozdrowić całą Twoją instytucję, nawet Ten oddział. Familię też pozdrów. Słyszałem, że na ruch nie można narzekać, pomimo tego, że zyski praktycznie równoważą się ze stratami, rzucając klienta na pośrednie grunty. Oh, olśniło mnie, że zapewne popełniłem faux pas, gdyż nie zastosowałem żadnej trwałej formy grzecznościowej. Mam nadzieję, iż wybaczysz mi to potknięcie, zważywszy na mój stan umysłu. Niestety również nie zaśpiewam, a rzekomo, kto Ci śpiewa, to modli się po trzykroć. Nie. Mi zostaje napisać ten oto przedziwny list. Sam za bardzo nie wiem jak będzie on wyglądał, ale wierzę, że laikom takim, jak ja, na niektóre kwestie przymruża się oko. Zatem przejdźmy do meritum.

                Cholera, nie mam pomysłu o czym mam zamiar Ci napisać, daj mi chwilę na zebranie myśli.

                Chciałbym poruszyć temat mojej średnio skromnej osoby. Z Twoich usług mało korzystam i myślę, że bardziej nie będę. Troszku więcej czerpię od konkurencji. Kryteria zawarte w regulaminie prowadzonej przez Ciebie instytucji nie pokrywają się ze mną. Wiem, że część została spełniona, aczkolwiek wciąż jest to mniejszość. Więc, jeśli Dante miał rację, to czy nie zaistniałaby okoliczność, w której to pomógłbyś mi w zawarciu korzystnego kontraktu ze strefą Pierwszego Kręgu? Zdaję sobie sprawę, iż nie jest to Twój rejon, ale masz tam przecież wpływy. Bo tak wydaje mi się, że stopniowo zdobywam lekkie doświadczenie w tymże zakresie działalności. No, więcej na ten temat to porozmawiamy przy naszym najbliższym spotkaniu, zgoda?

                Pokrótce wspomnę jeszcze o osobach dużo bardziej zaangażowanych we współpracę z Tobą. Weź je (tzn. te osoby) czasami ogarniaj, bo mnie czasem coś trafia.  Nikogo z Dołu jeszcze do siebie nie zaprosiłem, ale przecież kiedyś nawet ja się mogę złamać, jak nie zostaną wzięci w ryzy, te Twoje mrówki, pracowicie budujące Twoją rzeczywistość. Nie neguję, nawet podziękuję za ziemię pod stopami, ale wiesz… Wszystko ma swoje granice.

                W tym momencie chyba kończę. Jakoś nie mam koncepcji, jak mógłbym poruszyć zagadnienia trapiące mą duszę, mam nadzieję, że kiedyś nam się to uda, albo i nie. Nie miej mi bardzo za złe, że jestem niechętny do współpracy, w ogóle lubię się z tymi z Pierwszego Kręgu, psychika mi się skrzywiła i takie tam. No taki jestem, trudno jest formować ciecz w ciało stałe, nieprawdaż? Pozdrów Zarząd i w ogóle całą firmę ode mnie, uściskaj każdego z osobna. Powiedz, że zawsze będę ich tulił.

Do zobaczenia!

Michał

 

 

 

Wherever whenever

Od: Niego

Do: Ja

                Whatever.

piątek, 13 stycznia 2012
XLVI kawa - Myślimy.

Wiem, że dawno nic nie było. Częściowo wina braku internetu, częściowo sprawy psychiczne. Postaram się poprawić!

 

                 

2011-01-09

                Odłożyłem książkę i spojrzałem w stronę laptopa – przydałoby się coś napisać. Ostatnimi czasy jakoś nie wychodzi. Cóż, miejmy nadzieję, że minie.

                Macie tak, że w pewnym momencie człowiek zatrzymuje się, rozkminia, i stwierdza, że jakoś mu pusto? W moim przypadku może to brak Internetu, może fakt, intensywnej ostatnimi czasy, nerwicy, a może to po prostu tak o, samo z siebie. Włączyłem komputer, wyłączyłem, pouczyłem się, przestałem, sięgnąłem po książkę, odłożyłem. Wszystkie czynności czymś Cię zajmują, wypełniają po części. Czytasz i skupiasz się na tekście. Do momentu, kiedy to zauważasz, że literki rozpływają się w mgle rozmyśleń. O, a teraz zaprzestałem pisania w celu wyczyszczenia monitora i klawiatury.

                Najlepiej jest sobie siąść, wszystko rzucić w kąt i się wyciszyć. Schować pod kołdrą, z kubkiem kawy, herbaty, patrzeć przez okno i myśleć. To, co jest najgorsze, to, co czasem powoduje pragnienie utraty głowy, tylko aby się wyzbyć tego. Myśli. Oh, wszyscy kochamy marzyć, fantazjować, rozmyślać nad przeszłością, wspominać czasy dobre i złe, samotnie, lub w grupie. Czasami wspomagamy się to alkoholem, to muzyką, czy jeszcze innym psem. Wszystko ma swój cel.

                Podczas nie jednej rozmowy, jestem świadkiem tego, jak taka praca umysłu sprawia nawet ból, a przynajmniej trudności prowokujące negatywne emocje. Widzę jak to przez długi czas, jednostka zastanawia się nad zagadnięciem dotyczącym jego prywatnego życia, bazując na mniej lub bardziej szczątkowych informacjach oraz własnych doświadczeń. Ile wniosków dobrych, a ile złych zostaje wyciągniętych? Jeden diabeł raczy wiedzieć. Mi podszepnął jedynie, że myślenie samo w sobie jest tworem genialnym, jednakże spaczonym przez emocje.

                Matko, jakże piękne byłoby życie, w którym umysł jest rzeczą jak najbardziej okiełznaną, wywoływaną jedynie na życzenie i bezproblemowo kontrolowaną. Emocje zostawmy. Są genialne w swej tragicznej egzystencji.  

                Jakiś czas temu zaoferowałem się do zostania ochotnikiem do przeprowadzenia nań analizy psychologicznej, w celu sporządzenia diagnozy na zaliczenie mojej znajomej studentki. Klasycznie znalazły się tam pierdoły o mojej zajawce, fascynacji ludźmi, jakiejś usystematyzowanej logice, średnich umiejętnościach werbalnych oraz słabej empatii. Nie ma ktoś czegoś, co odkryłoby coś nowego, ciekawego?

                Może jednak nie zastanawiajmy się, próbując rozszyfrować, ułożyć nas samych. Co powiecie na to, aby jednak po prostu zatracić się we własnym, wrodzonym szaleństwie? Sądzę, że stoję gdzieś na granicy. Podać Ci rękę? Idziemy razem?

wtorek, 03 stycznia 2012
XLV kawa - Rozmawiamy. Czujesz święta?

 

2011-01-03

                Może już troszku po świętach i część wpisu może wydać się "spóźniona", ale przydałoby się wrócić do pisania, rozpisać nawarstwione idee. Jednakże sądzę, że dzisiejsza rozkmina nie musi mieć stempelka z konkretną datą. Wspomnę jeszcze tylko o utworze powyżej. Polecam przejrzeć oba teksty i je porównać. Na mnie wywarło spore wrażenie.

                Powróćmy jednak do tego, o czym chciałem dzisiaj napisać.

                Jak zapewne wiadomo jestem osobnikiem, który dąży do kontaktu z jak największą ilością osób. Jak najwięcej konwersacji, wymian idei, prostych myśli. Święta sprzyjają komunikacji za pośrednictwem Internetu, tudzież telefonu. Zagłębiamy się wtedy w świat podwójnej ekspresji: pierwszej, podczas przelewania słów na ekran, oraz drugiej, gdy wciskamy przycisk „wyślij”. Rzeczywistość kreowana słowami, przeplata się z uniwersum emotikonów, braku „prawego alta” oraz zdań niepełnych.

                O dziwo nie jestem przeciwnikiem komunikacji wirtualnej, niebezpośredniej. Pomimo tego, jaką wagę mają dla mnie spotkanie i dyskusje „face to face”, to jednak rozmowy na wyświetlaczu mają własne zasady, dźwięki. Ten sam rozmówca może ukazywać nam różne aspekty swojej osobowości, zależnie od tego, w jaki sposób prowadzimy z nim konwersację.  Wydaje mi się, że odczuwam tą różnicę, poznaję właśnie różne strony duszy. Bo tekst pisany ma to do siebie, że czasem można coś ukryć pomiędzy wierszami, albo mocniej utrwalić na oczach.

                Osobną sprawą jest kwestia emotikonów, a co się z tym wiąże, indywidualnego stylu pisania. Możemy zauważyć, że każda pisząca do nas osoba ma własny „pisany język”. Częstotliwość „uśmieszków”, albo co ważniejsze, ich waga. Indywidualnym dla jednostki jest wydźwięk tychże tworów. Po iluś tam rozmowach powoli jesteśmy w stanie zauważyć tendencje. Jaka „buźka” odpowiada mniej-więcej jakiemu nastrojowi w danym kontekście. Uważam, że nie warto bagatelizować tej kwestii. W dzisiejszym świecie emotikony są częścią wypowiedzi pisanej, więc również zasługują na odczytywanie.

                Pozostańmy jeszcze w sferze rozmów. Poprzez okres trwania przerwy świątecznej, spotkałem się wiele razy z takim stwierdzeniem: „nie czuję świąt”. Dlaczego? Pewnie bo skomercjalizowane, rodzina nie ten teges, coś kasy brak, czy po prostu „nie bo nie”. Zaskakujące jest to, że na pytanie „czym dla Ciebie są święta i ich klimat”, to albo była odpowiedź „nie wiem”, albo wymienianie po kolei coraz to nowych wspaniałości. Jednakże już taki osobnik zapytany o to, co robi, aby wytworzyć takowy klimat świąteczny, mówiono „nic”. Taka jest nasza współczesna mentalność. Przeważnie czekamy, aż wszystko zrobi się samo, zostanie nam już podane na tacy. Proszę mi powiedzieć w tym momencie. Jak jest to możliwe, aby poczuć „ducha świąt”, jakichkolwiek, nie podejmując starań w kreacji tegoż to nastroju. Nie czujesz świąt? To tylko i wyłącznie Twoja wina. Wszystkie wydarzenia rdzennie pochodzą od jednostki, to właśnie ona jest zobligowana do wykonania pierwszego ruchu. Teraz pytanie: kim my jesteśmy, jak nie jednostkami?

                Od jednostki wszystko się zaczyna. Każdy z nas jest swoistym trybikiem, klockiem domina, które to wprawione w ruch, rozpoczyna serię zdarzeń. Nie ma akcji, bez reakcji. Więc kreujmy świat taki, jaki chcemy, bo nikt inny tego za nas nie zrobi.

czwartek, 22 grudnia 2011
XLIV Kawa - Bóg-Wariat.

 

2011-12-22

                Dzisiaj taki dzień dziwny stosunkowo. Pożegnał się człowiek z Lublinem na czas świąt, zostawił kupę energii za sobą. Fascynujące jest to, że jak ja nie jestem w stanie składać konkretnych życzeń, to z reguły dostaję dość określone, z pewnym wydźwiękiem. Prawdę mówiąc z takich słów można wiele wczytać. I nie mówię już o tym, że wtedy ludzie niby są szczerzy. Są inne, bardziej subtelne oznaki. Zauważyłem; wśród ludzi uważany jestem już za człowieka „skrzywionego”, niezależnie od wieku, płci, zajęcia. Nie neguję. Skrzywienia są dobre. Pamiętajmy, że przecież człowiek szary, to człowiek nudny. Absolutnie zabraniam Wam, czytelnicy, być szarymi. Szaleństwo i chaos umysłowy powinien towarzyszyć nam na co dzień. Takie „odstające” jednostki wywołują miliony emocji. Za każdym razem jak obserwuję takowe indywiduum i jego otoczenie, widzę, jak kreowany jest zarówno podziw, jak i dystans. A jakie emocje wywołują wszelacy ludzie u Ciebie?

                Możliwe, że część osób, które mniej-więcej mają świadomość moich poglądów, zdziwiła się widząc jaką piosenkę zamieściłem przy tym wpisie. Jednakże chciałbym odpowiedzieć na utwór, a nie go wspierać. Dostajemy pytanie o sytuację, kiedy Bóg jest jednym z ludzi, których to tak licznie mijamy na ulicy. Ja powiadam, że tak właśnie jest. Ponieważ Bogiem jesteś Ty, jestem Ja i są wszyscy, którzy istnieją na tym świecie. Kreacja wywodzi się z czynników ludzkich, składamy nasze osobowości i siły, aby zbudować coś nowego. Tak, jak powiedziane jest w piosence Paktofoniki: „Jestem Bogiem, (…) Ty też jesteś Bogiem, uświadom to sobie.” 

Może więc, zamiast szukać Wszechmocnego w przestworzach, najpierw znajdźmy boski pierwiastek w nas samych. Zachwyćmy się wspaniałością drugiego człowieka, doceńmy jego wkład w obraz świata.

Konkluzja? Bądźmy Szalonymi Bogami.

niedziela, 18 grudnia 2011
XLIII kawa - Lublin. Jego architektura.

 

2011-12-18

                Lublin nocą  jest miejscem diametralnie różnym od tego, które widzimy na co dzień. Inni ludzie, światła, dźwięki. Inne myśli. Człowiek czasami potrzebuje pospacerować po nocnych uliczkach, omieść wzrokiem błyszczącą panoramę, śpiewać do księżyca. Potrzebujemy maści na nasze dusze, a jak je osiągniemy to nasza sprawa. Możemy skakać po kamieniach na wzgórzu, recytując poezję, biegać po Starym Mieście z pasażerem siedzącym na barkach, czy też po prostu stojąc, będąc omiatanym przez wiatr. Każde serce ma pragnienie, ukryte, lub nie, aby puścić ducha na inne tory, niż zazwyczaj.

                Zawsze mówię ludziom, którzy pytają mnie o piękno miast, żeby czasem spojrzeli ponad linię prostą, rozciągającą się od ich oczu. Proszę, aby stanęli, unieśli wzrok i chwilę się zastanowili. Ostatnio spojrzałem ponad szyld kawiarenki „Nescafe” na Krakowskim Przedmieściu. Tobie, czytelniku, też radzę. Oglądając tamten element architektury, zastanów się, czy jest to Lublin, jaki znamy na ogół. Raczej nie, a przecież to ani nie znika, ani nie zmienia położenia. Jest takie samo, jak reszta, bardziej „codziennych” zabudowań. Wczoraj, wędrując wzrokiem po spękanym budynku, zatrzymywałem się na każdej wyrytej tam twarzy. Pozornie takie same, ale dla mnie każda posiada własną historię. Jaką? To trzeba odkryć samemu.

                Dlaczego lubię architekturę, cenię sobie otoczenie? Bo są to rzeczy względnie stałe. Nie znikną z dnia na dzień, od tak. Są to murowani świadkowie minionych dni, jednostek i narodów. Każda cegiełka przesiąknięta miastem i jego mieszkańcami, nie zawsze chlubnymi. Wśród zimnych murów myśli mogą płynąć bez przeszkód, co swoją drogą czasami jednak jest wadą. A cieszyć się trzeba z małych rzeczy, takich jak elementy budynków, bo inaczej zgnijemy w oczekiwaniu na „te wielkie zachwyty”.