Kategorie: Wszystkie | Hyde Park | Kawy | Poezja | Proza
RSS
środa, 28 marca 2012
Proza - opowiadanie Lux IX.

Poprzednia część: http://lubelsko.blox.pl/2012/03/Proza-opowiadanie-Lux-VIII.html

Pierwsza część: http://lubelsko.blox.pl/2011/10/Proza-opowiadanie-Lux.html

                -Wojska cesarskie! – wzniósł się okrzyk z punktu obserwacyjnego. Był poranek. Suchy i bezwietrzny, jak to bywa na Jadeitowym Morzu. Luxoński obserwator, który zmęczony już swoją wartą, przysypiał co chwilę. Jednak nie w tym momencie. Kintajskie wojsko nie jest normalnym widokiem w tych stronach. Zwłaszcza, jak na przedzie maszerował zamaskowany, ubrany na biało, przedstawiciel Ministerstwa Czystości – departamentu do zwalczania zarazy panującej w miejskiej części kontynentu. Za nim znajdowało się około dwudziestu żołnierzy . Niemożliwym było to, że przybywali oni w sprawie sterylizacji. Może była to resztka z rozbitego przez przeważające siły plugawców oddziału. Nie nosili jednak oznak walki. Może dezerterzy, ale w tym wypadku jaki byłby sens w utrzymywaniu szyku? Jedynym chyba wyjściem na rozpoznanie sytuacji będzie rozmowa. Zwiadowca skinął na jednego z chłopców, bawiących się u podstawy jednego z żółwi, aby ten zawołał starszego. Maluch porzuciwszy zabawki, zwinnie przeskakując pomiędzy pakunkami i rozłożonymi rzeczami, pobiegł na drugi skraj obozu, gdzie w cieniu medytował potężny, aczkolwiek wysuszony starością mężczyzna. Spojrzał on na chłopca, skinął głową i począł wydawać polecenia.

                Poinformowana karawana poczęła przygotowywać się na przyjęcie żołnierzy. Sięgnięto po zasoby pożywienia i wody, nakazano dzieciom nie przeszkadzać. Kobiety oddaliły się, pozostawiając mężów gotowych na powitanie oddziału. Niepewne spojrzenia wędrowały między ludźmi. Czego mogą chcieć? Chyba jedynie starszy zachowywał całkowity spokój, stojąc na skraju obozowiska, w oczekiwaniu na zbliżające się jednostki. Poprzecinana bruzdami zmarszczek twarz, która wiele przeżyła, była niewzruszona. Gdyby nie nieznaczne ruchy ciała przy oddychaniu, wydawałoby się, że oto postawiony został posąg. Symbol stoickości luxońskich mędrców. Ten jednak drgnął, uniósł rękę  w geście przyjaznego powitania zbliżającego się wojskowego, który to jednak nie odwzajemnił pokojowego pozdrowienia. Krok za krokiem, w milczeniu, zbliżał się do skraju prowizorycznej palisady złożonej z pakunków rozłożonych pomiędzy tworzącymi krąg żółwiami.

                Oddział dotarł do starszego, wyminął go i cicho stanął pośrodku obozowiska, wokoło nich stali zaciekawieni członkowie karawany. Dzieci, schowane za stojącymi przy żółwich skorupach matkami, zaciekawione wyglądały co raz, widząc wojsko cesarskie po raz pierwszy. Złote elementy nieskazitelnych zbrój rzucały lekkie refleksy porannego słońca. Czerwień szat kontrastowała z zielonkawą powierzchnią jadeitu. Wzrok męskiej części zbiorowiska był pełen nieufności, wręcz wrogości i agresji. Atmosfera gęstniała z sekundy na sekundę. Nerwowe ściskanie rękojeści broni było tego najlepszym przykładem. Nawet stary mentor począł przyglądać się nieufnie, zdumiony brakiem odzewu.

  W pewnym momencie, członek Ministerstwa Czystości wyjął zwitek papieru i rozejrzał się po zgromadzonych. W tym samym czasie część żołnierzy rozpłynęła się w chmurach granatowego dymu, pojawiając się w różnych miejscach karawany, przy zaskoczonych strażnikach. Błysnęły ostrza i z każdego zakątka popłynęły okrzyki pełne niespodziewanego bólu. Wtem poruszyli się i pozostali członkowie oddziału. Poszybowały raniące nogi strzały i podpalające wszystko kule ognia. Ci, co próbowali uciec, padali na twarde podłoże ze strzałami  tkwiącymi głęboko w ich ciele. Świsnęły w powietrzu widmowe ostrza rytualistów, którzy wzywali wszelakie duchy z Mgieł. Krzyk umarłych wypełnił powietrze. Zawodzenie potępionych mieszało się z odgłosami konania. W kilka sekund dwudziestu żołnierzy rozprzestrzeniło się po terenie całej karawany, siejąc śmierć. Jedynym kuriozum była biała postać, która to jakby niewzruszona stała pośrodku rzeźni, z dokumentem w ręku obserwowała całe zajście. Tylko szare oczy nieustannie poruszały się. Beznamiętnie wodziły po cierpiących, rannych ludziach; co śmieszne, wyrażając jakiekolwiek emocje tylko wtedy, kiedy kilka kropel krwi trafiło na nieskazitelnie biały strój.

                Musiała minąć krótka chwila, by zdezorientowani Luxoni poczęli się bronić przed atakiem. Jednakże o wiele za późno. Trup zaczął już ścielić się na jadeitowej powierzchni. Desperackie próby obrony zdawały się na nic. Ostrza zabójców idealnie trafiały we wrażliwe punkty, powodując fontannę krwi, tryskającej z rany. Bezskutecznie poszukiwano pomocy w magii. Gdy jeden ze starszych członków karawany oddalił się na pewną odległość, by zacząć szeptać słowa zaklęcia, cesarska strzała przeszła prosto przez jego otwarte usta, dziurawiąc głowę na wylot. Jedynym dźwiękiem towarzyszącemu temu zdarzeniu był odgłos przecinanego powietrza, pękającej czaszki i ostatniego charknięcia, wydobywającego się z ludzkiego gardła. Kobiety cicho szlochały, kiedy miecz pozbawiał je głów, które jeszcze przez chwilę, pozbawione ciała, rzucały spojrzenia na otoczenie. Dzieci nie płakały, były w za dużym szoku. Siadały bezwładnie z szeroko otwartymi oczami i ustami. Nie stawiały oporu, szybko otaczały się czerwonymi kałużami krwi, która była już wszędzie. Stosy ciał, głów, wypatroszonych wnętrzności, wszystko skąpane we własnej posoce. Dzieci razem z kobietami, obok mężczyźni i zwierzęta. Żółwie zapłaciły za swoją ospałość. Nim udało się im wykonać jakikolwiek znaczący ruch, padały martwe pod natłokiem cięć. Niektóre upadały na podstawy skorup, inne przekręcały się na bok, zrzucając z siebie wszystkie konstrukcje tak pieczołowicie stworzone na ich grzbietach.

                Cała akcja trwała kilka minut. Szybkie i celne ciosy eliminowały ofiary natychmiastowo. Gdy już było po wszystkim, człowiek Ministerstwa schylił się do jednego z leżących wojowników, wziął do ręki nóż służący do patroszenia zwierząt i przybił dokument na jednej ze skorup, tak, aby był widoczny. Następnie odszedł razem z całym oddziałem, pozostawiając jeszcze ciepłe ciała na gnicie w prażącym słońcu.

poniedziałek, 05 marca 2012
Proza - opowiadanie Lux VII.

Poprzednia część: http://lubelsko.blox.pl/2011/11/Poprzednia-czesc-httplubelskobloxpl201111Proza.html

Pierwsza część: http://lubelsko.blox.pl/2011/10/Proza-opowiadanie-Lux.html

 „Wola Cesarza” brzmiał nagłówek listu, przybitego do skorupy małego żółwia, leżącego pośrodku obozowiska. Chociaż prawdę mówiąc, to lepszym określeniem byłoby „miejsce rzeźni”. Wszędzie walały się zwłoki, na część zżarte przez zwierzęta, podgnite, wysuszone na słońcu. Zielona powierzchnia jadeitu przybrała ciemnobrunatnej barwy w wielu miejscach, zalana litrami krwi. Z rozpościerającego się widoku można było łatwo wywnioskować, że nikt nie przeżył. Pomimo zaawansowanego stopnia rozkładu, oczywistym było, że mniejsze i wątlejsze truchła należą do dzieci. Zastanawiającym był brak widocznych śladów dłuższej walki. Ofiary nie były przygotowane na walkę. Podstawy sztuki wojny, zaskoczenie sprzymierzeńcem.

„Z rozkazu wszechmocnego Cesarza, namiestnika Miasta Kaineing i władcy całego Kintaju, wykonana została egzekucja na tych oto przeciwnikach ogólnego pokoju. Zarazem zostaje wydany wyrok na wszystkich Kurzików i Luxonów. Za długo nasze ziemie były skąpane we krwi tych oto dwóch walczących ze sobą nacji. Prymitywny tryb życia, fanatyczne przekonania i zakorzeniona głęboko we krwi nienawiść, są gwarantem braku jakiegokolwiek dłuższego porozumienia. Cesarz, mając na względzie dobro naszych przyszłych pokoleń, jest z bólem zmuszony wydać rozkaz eksterminacji wszystkich klanów luxońskich i domów kurzikowych. Wzywa on również wszystkich synów i córki Kintaju, do wsparcia sprawy i pomocy przy likwidacji wspólnego zagrożenia.  Za każdą głowę mieszkańca Jadeitowego Morza i Lasu Echowald, przyniesioną przed oblicze przedstawiciela Ministerstwa Czystości, płacone będzie sto sztuk złota.

Chwała Cesarzowi i narodowi Kintaju!”

środa, 23 listopada 2011
Proza - opowiadanie Lux VI.

Poprzednia część: http://lubelsko.blox.pl/2011/11/Proza-opowiadanie-Lux-V.html 

 

***

-Yakkingktonie, chyba widzę jakieś obozowisko.- rzekł krzepki mężczyzna, opierając się na długiej lasce wędrowca, z głowicą przypominającą wijące się korzenie drzew. Strój jego stworzony był z łatek skór wszelakich istot, materiałów o przeróżnej fakturze i kości zwierząt, zarówno tych dużych, jak i malutkich. Na stopach miał niesamowicie przetarte, powiązane sznurkami, skórzane buty, wysokie pod kolana, w które włożone miał płócienne spodnie. Nie wyglądało to może piękne, aczkolwiek było praktyczne i wygodne, chroniło przed prażącym słońcem na pustkowiach Jadeitowego Morza, które już zostawiło wyraźny ślad na twarzy podróżnika. Oblicze jego, pokryte obfitym zarostem i poprzecinane wieloma bruzdami, wyrażało spokój. Opalona, pomarszczona skóra, wraz z prawie, że niewidocznym stonowanym uśmiechem i spokojnymi niczym jadeit pod stopami oczyma, tworzyła obraz doświadczonego przez życie człowieka.

Mężczyzna wraz ze swym towarzyszem – ogromnym doylakiem – stawiając krok za krokiem, zbliżali się do jednego z obozów luxońskich. Z daleka widać było już ogromne, matowe skorupy ich żółwi, które to tworzyły swoisty kordon wokoło miejsca postoju. Pomimo faktu, że podróżował od zawsze i często odwiedzał te same miejsca, widział tych samych ludzi, to wciąż każde nowe, ludzkie skupisko, wywoływało w nim nieokreślone emocje. Przyzwyczaił się do pustki. Nie czuł już odcisków, bo stały się one już jednym z jego stopą. Nie oblizywał spieczonych i popękanych warg, nie łzawił, oczyszczając oczy. Za dużo by zasobów zużywał. Teraz jednak zamrugał kilka razy i wytężył wzrok. Próbował dostrzec charakterystyczne oznaki jakiegoś klanu, by móc  dowiedzieć się z którym to będzie miał tym razem do czynienia. Wypatrywał intensywnie, lecz żadnego rozwieszonego płótna, czy innej flagi. Również ludzi nie mógł się dopatrzeć, lecz spoglądając na niebo, stwierdził, że trwa aktualnie pora na posiłek, lub odpoczynek w cieniu, chowając się przed bezlitosnym słońcem, grzejącym swoimi promieniami. Mężczyźnie takie rzeczy już nie przeszkadzały. Z upałem zaprzyjaźnił się z czasem, żołądek przekonał, żeby jeść z rzadka i od niechcenia, a reszcie organizmu polecił dłużej utrzymywać w sobie wodę. Tym razem jednak sięgnął do pasa, wyciągając zza niego butelkę, w której na dnie zostało kilka łyków wody. On też może sobie przecież pozwolić na odrobinę luksusu. Przecież zaraz i tak uzupełni. Dość ciepła woda poczęła nawilżać całą jamę ustną, dając chwilę wręcz niespodziewanego odświeżenia, pobudzając całego człowieka. Aż się humor poprawił, co pozwoliło nawet na jedno, dłuższe, westchnięcie z przyjemności.

Krajobraz okolicy wyglądał praktycznie tak samo, jak w jakimkolwiek zakamarku Jadeitowego Morza. Zastygła powierzchnia jadeitu, w której to odbija się te nieubłagane słońce, dając różnokolorowe refleksy, które swoją wyszukaną gamą są w stanie wprowadzić w błąd oko obserwatora. Gdzieniegdzie przejawiały się jeszcze malutkie wysepki lądu, na których to stały najczęściej pojedyncze drzewa, umożliwiające chwilę wytchnienia pod liśćmi. Spokojne, piękne, statyczne. Jednakże również i niebezpieczne. Nie raz zdarzały się sytuacje, gdy zmęczony wędrowiec ulegał takim to błyskom, tworząc przed oczyma iluzję różnorakich rzeczy. Taki to człowiek zaczyna wierzyć w urojenia, zaczyna próby interakcji, biega, woła. Skacze ze skarpy, szczytu zamarzniętej fali, w dół, z głową skierowaną ku podłożu. Myślał biedak, że poniżej będzie woda. Ta żywa i niebieska, nie twarda, zielonkawa. I tak oto nieruchomy i zimno-kolorowy obraz zostawał na chwilę poruszony, zabarwiony czerwonawą posoką, z elementem skrzywionego ciała, powyginanych kończyn. Jeden moment, gdy, niekiedy absolutną, ciszę przerywa tępy dźwięk zderzenia z rzeczywistością. Na szczęście ten podróżnik nie byłby w stanie ulec czarowi świata wokoło. Jemu nie straszna była przyroda. Dlaczego? Ponieważ posiadał dwie ważne rzeczy: doświadczenie i swojego przyjaciela – Profesora Yakkingtona. A zwano go Nicolas Podróżnik. Wędrował po świecie wraz ze swoim druhem, towarzyszem niedoli – potężnym doylakiem. Była to istota podobna do wołu, jednakże o wiele potężniejsza. Głowę zdobiły dwie pary potężnych rogów, zagiętych ku ziemi, przy czym jedna para była o połowę większa od drugiej. Pysk miał koloru czerni, z białym paskiem pomiędzy oczyma, oraz grzywką, tego samego koloru, pokrywającą skroń. Oczy czarne, niczym dwa węgielki błyszczące, pomimo, że spokojne. Na swym wygiętym kręgosłupie, niczym na garbie, dźwigał pakunki, w których znajdowały się najpotrzebniejsze rzeczy podróży. Pomimo upału i obciążenia, które trzeba nieść całymi dniami, długie włosie zwierzęcia nie pokrywało się potem. Tak, jak jego przyjaciel – przyzwyczaiło się. Również kopyta miał mocniejsze. Większe i twardsze, zahartowane, cicho stukały, uderzając o zielonkawe podłoże. Teraz przystanęły, bo oto stanęli na skraju obozowiska, zdezorientowani widokiem, który rozpościerał się przed ich oczyma.

środa, 09 listopada 2011
Proza - opowiadanie Lux V.

Poprzedni fragment: http://lubelsko.blox.pl/2011/11/Proza-opowiadanie-Lux-IV.html

 

 

                -Dzikusy!- krzyknął Cesarz, ujrzawszy nadchodzących mężczyzn. Twarz jego przybierała odcienie purpury, czoło pokryły grube, poziome bruzdy, a oczy nosiły wściekłe spojrzenia. Tym razem nie było gorącej herbaty i miłego uśmiechu. Chmurne oblicze zwiastowało kłopoty. Wściekła postać miotała się po pałacowym pomieszczeniu, zmieniając co chwila kierunek marszu. Przedstawiciele frakcji stali cicho, z opuszczonymi głowami, obserwując kątem oka. Oddechy ich były już spokojniejsze, niż jeszcze chwilę temu, podczas walki. Jedynym widocznym świadectwem minionej bójki były lekko poszarpane i ubrudzone stroje dwójki wrogów.

                -Panie!- odezwał się blady Kurzik –Wzywałeś mnie, o Panie, abym począł nauczać o kulturze i historii jakże wspaniałego Ludu Pięciu Kurzickich Domów. Miałem być ambasadorem mego ludu, osobą, która miała za zadanie upewnić się, że problem nękający cały Kintaj, zostanie rozwiązany. Problemem tym jest oczywiście kwestia Luxonów. I tak oto stoję przed Tobą, Panie, po konfrontacji z tymże dzikusem, który próbował wtargnąć do karczmy mego dobrego przyjaciela. Jest to czyn niegodziwy, że brudas tego pokroju próbuje wejść do lokalu o tak wysokim prestiżu.- mówił spokojnie mężczyzna, rzucając ukradkowe spojrzenia w kierunku wszystkich zebranych w pomieszczeniu osób. Był pewny siebie, słowa wypowiadał spokojnie, bez nerwów. Kończąc, ręką otrzepał kurz ze swej szaty, wyprostował się, zaciskając wargi, kierując oczy w stronę Cesarza, który zatrzymawszy się, słuchał uważnie, przebierając nerwowo nogami. Ten nie zdążył jednak odpowiedzieć, gdyż niemalże nie dając dokończyć ostatniego słowa wypowiedzi, luxoński przedstawiciel wybuchnął, podnosząc głos:

                -Synu Nagi i smoczego łajna! Jak śmiesz odzywać się w ten sposób! Ja zostałem tu wezwany na życzenie SAMEGO CESARZA, a ty masz czelność napadać na mnie, kiedy szukam schronienia?!- wymachując rękoma, z wytrzeszczonymi oczami, krzyczał w twarz, pokrywając oblicze Kurzika drobnymi kropelkami śliny. Ten natomiast wciąż stał niewzruszony, spoglądając z pogardą na oponenta. –Mojego świata twój mały móżdżek nie może ogarnąć. Kultura mieszkańców Skamieniałego Lasu, oparta na sztuce, kontemplacji natury, pieśniach, przewyższa o epoki wszelakie dzikie plemiona, z twoim klanem na samym końcu rozwoju.- Emocje nie wytrzymały, a mężczyźni ponownie rzucili się sobie do gardeł. Tym razem jednak straż pałacowa zareagowała natychmiast, unieruchamiając walczących. Po chwili na złączonych rękach i nogach poczęły formować się małe kryształki lodu, które rozrastając się, tworzyły lodowe kajdany, uniemożliwiające ruch kończyn. Stali więc tak, wyprostowani, niczym belka drewniana, gdy z ziemi wyrosły półprzeźroczyste łańcuchy, oplatające ich szyje, ciągnące w stronę podłoża. Upadli na kolana, z pochylonymi głowami. To jeden z rytualistów, zatrudnionych na służbę u Cesarza, rzucał zaklęcia unieruchamiające. Jeden z duchów,  będący w postaci widmowego łańcucha, częściowo zmienił swoją formę. Ukształtowała się zdeformowana, bezoka twarz z szerokim, bezzębnym uśmiechem. Istota nachyliła się do ucha przedstawiciela Luxonów, szeptem wypowiadając: „Widzimy cię!”, po czym wysunąwszy rozdwojony, ogromny język polizał go po twarzy. Mężczyzną wstrząsnęły słabe spazmy, próbując odsunąć się od istoty. Więzy były jednak zbyt mocne. Duch chichocząc, odsunął się od twarzy, powracając do poprzedniej formy.


                -Niereformowalne dzikusy… - westchnął Imperator.

wtorek, 08 listopada 2011
Proza - opowiadanie Lux IV.

Poprzedni fragment: http://lubelsko.blox.pl/2011/11/Proza-opowiadanie-Lux-III.html

(...)

            W pewnym momencie usłyszeliśmy krzyki. Zerwawszy się z siedzeń, podbiegłyśmy na skraj ogrodu, wypytując strażnika o powód tego całego zamieszania. Zostałyśmy poinformowane, że chmury, z których to padał rzęsisty zaczęły niewyobrażalną prędkością nadciągać w naszą stronę. To były one. Nagi. Deszczowi Szamani nasłali te oto obłoki, aby stworzyć warunki odpowiadające wężowym istotom. Pokryte łuską cielska były  w stanie o wiele szybciej poruszać się po zmoczonym terenie. Ogłoszono alarm. Podbiegło do mnie. „Pani! Prosimy, niech się Pani skryje. Tutaj może być niebezpiecznie” mówili. Nie posłuchałam się. Pozostałam tam, gdzie byłam. Rozkazałam jedynie skryć się Yuki i Kais w bezpiecznym miejscu. Sama wdrapałam się na altanę, aby obserwować przebieg wydarzeń. Serce me zaczęło krwawić. Przebrzydłe stwory wyrzynały mój lud. Tak dużo tego było. Tak dużo Nag. Straż walczyła dzielnie w naszej obronie, lecz przewaga była po stronie agresora. Ostrza lśniły w rozbłyskach piorunów, w strugach deszczu. Domy zapadały się pod wpływem trzęsień wywoływanych przez stwory obdarzone krztyną magii. Największe siły kierowały się tutaj, do pałacu. Wiedziałam, że jeśli się nie ruszę, to i mnie zabiją. Ruszyłam więc tylnim wyjściem, chwytając po drodze jedynie sztylet. Nie uszłam daleko.  Okazało się, że tych stworów jest więcej w okolicy, niż by się wydawało. W mgnieniu oka byłam ciągnięta za swoje szaty po ziemi. Świadomość bliskości tego obrzydliwego cielska powodowało u mnie odruchy wymiotne, pociłam się i płakałam. Pokryta błotem, w podartym ubraniu, zmierzająca z powrotem do mojego miasta. Pokazano mnie hersztowi. Następnie zawleczono na rynek, placyk, na którym zazwyczaj stało kilka straganów z owocami i warzywami. Wtedy jednak miałam znajdować się tam, aby obserwować śmierć moich dzieci. Jedno po drugim. Przyprowadzano przed moje oblicze coraz to nowe osoby, które to z przerażeniem, rozpaczą, czy zrezygnowaniem patrzyły mi w oczy, podczas, gdy mordowano ich wszystkich. Każdego na inny sposób. Dziecku ucięto głowę, a ciało rozszarpano, rozrzucając wnętrzności po okolicy, pokrywając wszystko krwią. I tak jedno po drugim. Wyobraźni nie brakło, nikogo nie szczędzono. Krzyczałam, rozpaczałam, wiłam się i płakałam. Na nic. Zaczęłam się wtedy modlić. Wołałam do Balthazara, prosiłam o pomoc, ocalenie mego ludu, zemstę na poczwarach. Wtem z nieba zamiast deszczu począł spadać ogień. Płomienie trawiące wszystko, dosłownie wszystko. Jedynie moja istota pozostała niewzruszona. Wręcz przeciwnie. Niesamowite, parzące ciepła poczęło się rozchodzić po moim ciele. Skóra ma zmieniała fakturę, stawała się szorstka, twarda. Ręce coraz dłuższe, połączone dziwnie lekką błoną z tułowiem, formując skrzydła. Następnie deformacji uległa twarz. Straciłam kobiece rysy, usta wydłużyły się, by po chwili utworzyć smoczy pysk. W przeciągu paru chwil z wątłej cesarzowej przeistoczyłam się w bestię o niebotycznych rozmiarach. Byłam w stanie obrzucić wzrokiem wszystkie pobliskie tereny. Byłam w stanie zobaczyć wszystkie Nagi trawione przez ogień. Wszystkie Nagi i wszystkich moich poddanych. Balthazar nie wybierał, niszczył wszystko. Ogromny żal wezbrał w mym sercu, rozdzierając je na wiele części. Rozpostarłam skrzydła, wznosiłam się wysoko, ponad dachy, chmury, ku niebu. Tam właśnie zostałam. Na nieboskłonie. Gwiazdy formujące mą istotę mają od tamtej pory przypominać każdemu o moim żalu, stracie i potwornościach Nag. Czasami pojedyncza łza spłynie po mym obliczu, pozostawiając swój ślad pośród wielu ciał niebieskich.

            Lecące przez izbę krzesło roztrzaskało się z impetem o ścianę, rozpryskując się na wiele ostrych odłamków. Co chwila przelatywały świetliste pociski niszczące losowy element wyposażenia wnętrza. Kilka ciekawskich par oczu spoglądało ze szczytu schodów, które prowadziły do pomieszczeń sypialnych. Parter przeznaczony był na miejsce do spotkań i spożywania alkoholu. W tym momencie było to jednak pole bitwy, pobojowisko. Pośrodku tego całego rozgardiaszu znajdowali się dwaj mężczyźni w podeszłym wieku, ubrani w diametralnie różne stroje. Splątani w plątaninie pięści, kopnięć, przekleństw, z unoszącym się nad nimi białym krukiem. Konfrontacja sędziwego, bladego Kurzika z równie wiekowym Luxonem o karnacji jasnego karmelu. Mag próbujący trafić wiązką energii w myśliwego, okładając się wzajemnie pięściami. Ptak starający się podlecieć, by zaatakować w obronie swego pana, wydłubać oczy. Jednakże postaci ruszały się zbyt szybko, zmieniały pozycję, ścierały się twarzą w twarz, mieszając wściekłe oddechy.

            Wtem do izby wtargnęła grupa strażników pałacowych. Pięciu mężczyzn ubranych w reprezentatywne barwy Cesarstwa rozdzieliło zwaśnionych rywali, odciągając ich za ręce w przeciwnych kierunkach. Oderwane od siebie postaci nie przerwały jednak rzucania obelg w swoje strony, wyzywając się od najgorszych szumowin. Dopiero zatkanie ust sprawiło, że w pomieszczeniu zapanowała względna cisza, pomijając odgłosy szamotaniny. Po chwili, gdy starcze ciała opadły ze zmęczenia, do karczmy wkroczył Wyższy Strażnik Han, obrzucając Luxona i Kurzika nienawistnym spojrzeniem. Ruchem dłoni, przyodzianej w zdobioną rękawicę, nakazał uwolnienie z uścisku obu jeszcze przed chwilą walczących ze sobą mężczyzn.

- Macie natychmiast pojawić się przed obliczem Cesarza!- rzekł, kładąc nacisk na słowonatychmiast. -W Kaineing nie tolerujemy burd o podłożu rasowym, zwłaszcza, jeśli zachodzi ona między dwoma gośćmi naszego Pana. Nadużyliście naszej gościnności, powinniście głęboko żałować swojego występku. – upominał, powoli kierując swoje kroki w kierunku wyjścia. – Proszę się doprowadzić do ładu i pojawić w Pałacu Raisu najszybciej, jak to możliwe. Proszę nie szczędzić swoich starczych nóg. – rzekł wychodząc z budynku, a w jego ślady podążyła reszta strażników, zostawiając zszokowanych mężczyzn na drewnianej podłodze karczmy.

niedziela, 06 listopada 2011
Proza - opowiadanie Lux III.

Poprzedni fragment: http://lubelsko.blox.pl/2011/10/Proza-opowiadanie-Lux-II.html

 

(...)

                -Na dzisiaj dziękuję już za tą wspaniałą historię- rzekł Cesarz –jest już późno, lecz proszę się nie oddalać poza centrum miasta Kaineing, pragnę usłyszeć jeszcze więcej w najbliższej przyszłości. Proszę- tu wskazując ręką w stronę wyjścia –strażnik wskaże drogę wyjścia, po drodze polecam wizytę w mojej kuchni i posilenie się, na mój rozkaz.- Uśmiechnąwszy się, kończąc swą wypowiedź, wstał od stolika i skierował swe kroki ku swoim komnatom. Luxon, odczekawszy chwilę, również powstał i wyszedł z pomieszczenia, mijając straże, kucharzy i służki, opuścił Pałac Raisu.

 

***

 

 

                                Czerwonawe słońce poczęło chować się za wysokie, podniszczone budynki Kaineing, pozostawiając za sobą jedynie zanikającą łunę, powoli ustępującą nocnemu, bezchmurnemu niebu pełnego gwiazd, tworzących konstelacje. Ze złotych bram Pałacu Raisu można było ujrzeć jak na sklepieniu niebieskim pojawia się kolejno Hai Jii, Gwiezdny Feniks i Tahmu, smok. Istoty te przypominały każdemu, kto je ujrzał, o tym, że życie potrafi zniszczyć piękny kwiat w mgnieniu oka, czyste, delikatne dłonie, tak pełne miłości, nagle błądzące w rzekach krwi, krwi rozlanej z miłości. Opowieści o postaciach, teraz widniejących jako symbole na nieboskłonie, znane są każdemu, nawet małemu dziecku. Żadna z tych historii nie zakończyła się radośnie, wszystkie zawierały mrok.

            Zwano mnie Matką Tahmu, Cesarzową Miłości. Moje państwo było moim domem, poddani moimi dziećmi. Kochałam swoje potomstwo, które zrodziła urodzajna ziemia, dając im to, co było potrzebne. Kiedy zaczynało czegoś brakować, modliłam się do Melandru, z prośbą o dar urodzaju dla moich poddanych. Nigdy nie mogłam patrzeć, gdy ktoś był głodny, zmęczony, czy ranny. Wielu moich doradców potępiało moje decyzje, gdy postanawiałam oddalić się z pałacu, poszukując tych, którzy mnie potrzebowali. Nie potrafiłam odmówić pomocy, możliwość wsparcia drugiej istoty była najpiękniejszą rzeczą, jakiej mogłam doświadczyć. Wyobraźcie to sobie: wyglądacie ze zdobionego okna, nosząc zdobione szaty, pijąc herbatę ze zdobionej, porcelanowej filiżanki i nagle widzicie wychudzonego człowieka w łachmanach, leżącego pod ścianą domostwa znajdującego się na odległość rzutu kamieniem. Jaka jest inna możliwość, jak nie zejść do tego biedaka i użyczyć mu swej sukni? Sprzeda tkaninę, napełni brzuch, odnajdzie schronienie. Tylu dostojników szemrało pod nosami, tylu przeklinało me imię, tylu złorzeczyło. To prawda, miałam przeciwników, lecz żaden z nich nie śmiał działać na mą niekorzyść. Jedna, prosta przyczyna – tak, jak ja kochałam moich poddanych, tak i oni kochali mnie. Jadowitym ustom i nienawistnym spojrzeniom posyłałam zawsze ciepły uśmiech.

            Jednakże istniało na świecie coś, co nie było w stanie otrzymać mojej miłości. Nagi. Te wężopodobne istoty przepełnione były nienawiścią do ludzi. Był to jedyny powód, aby uczyć moich poddanych walczyć, zbroić ich, wydawać pieniądze na ochronę i bezpieczeństwo. Co za strata dla skarbca! Pomyśleć tylko ile rzeczy można by sprowadzić zza morza, by ułatwić życie, a tu wszystko przepadało, pokrywając koszta zbrojeń. To przez te potwory zmuszona jestem poruszać się najczęściej w chronionym, zbrojnym środowisku. Czułam się, jak egzotyczny, lecz łagodny ptak o wielobarwnym upierzeniu, zamknięty w żeliwnej klatce, aby chronić go przed głodnym, rudym kocurem, czekającym tylko na odpowiedni moment, by zaatakować. Obślizgłe, wstrętne, kalające swym pełzaniem naszą kochaną ziemię. Jedyne piękno, jakie byłam w stanie dostrzec, to w momencie, kiedy w słoneczny dzień, promienie padające na łuski nag, tworząc ciekawe refleksy. Jak to możliwe, że w tak wielkiej afirmacji okropieństw znajduje się taki mały pierwiastek zachwytu? Światło odbite przez metal broni, pancerza, jest zimne, złe. Kontrastuje ono z tym małym błyskiem powstałym na pokrytej śluzem skórze wężowej kreatury. Jednakże nie zmieniało to faktu, iż istoty te posiadały serca czarne, niczym smoła, o ile je w ogóle miały. Pozbawione ludzkich uczuć, odruchów, pragnące jedynie niszczyć i siać chaos pomiędzy tymi, którzy się od nich różnią. Okrzyki rannych, płacz matek, widok poległych, to wszystko podsycało chorą rządzę krwi. Dlaczego? Dlaczego musiała to być krew mych dzieci?

            Tego dnia życie toczyło się jak co dzień. Ciężkie powietrze i ciemne obłoki zwiastowały nadejście obfitego deszczu, może nawet burzy. Siedziałam w skromnej altanie, pomalowanej na biało, znajdującej się na obrzeżach pałacowych ogrodów. Towarzyszyły mi dwie służki: Yuki, młodziutka dziewczyna, zawsze skromna i zadbana, oraz Kais, najstarsza z całej służby, będąca od zawsze, razem ze swą rodziną, powiązana z rodziną rządzącą. Intensywny, lecz nie nieprzyjemny, aromat kwiatów umiejący ukoić nawet rozwścieczonego, zimnokrwistego żółwia kappa, zapewniał niepowtarzalną rozkosz dla nosa. Wysokie, bujne i czerwone wiśnie, gęsto występujące w okolicy stanowiły odpoczynek dla wzroku, jak i niesamowite doznania estetyczne, nie tylko dla koneserów piękna natury. Cicho szumiące pod wpływem lekkich powiewów wiatru bujne listki pobudzały swą melodią uszy, wprowadzając swymi stonowanymi dźwiękami stan odprężenia i kontemplacji. W dłoni    trzymałam delikatny kwiat lotosu, powoli wodząc palcem po jego białych płatkach. Aksamitne niczym jedwab. Drugą ręką sięgnęłam po filiżankę z zieloną herbatą. Gorzka. Ciepła, lecz nie gorąca. Gdyby nie te ciemne chmury na horyzoncie – chwila idealna.  

            Idąc uliczkami Kaineing, mijał brudnych, bezzębnych żebraków, roznoszących woń odchodów stajennych. Po chwili zauważał postać kupca w jedwabnej, zwiewnej szacie, otoczonego przez służbę, kierującego się do zaułka agentów Xunlai, którzy to specjalizowali się w przechowywaniu nawet niebotycznych majątków, a wszystko to poprzez ich wielokrotnie zaklęte skrzynie. Kierował się do stajni, by odwiedzić jednego ze swych przyjaciół. Nad jego głową nieustannie krążył śnieżnobiały ptak, który znikał jedynie na ułamki sekund, by zanurkować między budynki, by schwytać jakiegoś pomniejszego szkodnika, a następnie ponownie pojawić się w przestworzach. Zazdrościł on tym pierzastym zdobywcom niebios. Byli oni wolni, widzieli wszystko z góry, szybowali ponad wszystkim. Zero ograniczeń, jedynie możliwości. Rozpostarte skrzydła, wiatr sunący po piórach. I ta strzała przebijająca korpus.

            Zaszedłszy pod masywne drzwi z żeliwnymi wykończeniami i ogromną kołatką w kształcie pysku smoka, Luxon spojrzał na szyld wiszący powyżej. „Cesarski zaułek” brzmiała nazwa karczmy. Był to dość spory budynek, wybudowany z drzewa, które z pewnością nie zostało sprowadzone z okręgu Kaineing. Prawdopodobnie był to surowiec zza Morza Smutków – wprost z Lwich Wrót. Teren wokoło budowli był zadbany, pozbawiony żebraków, śmieci, czy wszechobecnych w niektórych dzielnicach fekaliów.  Poruszający się bezgłośnie, na nieznacznym wietrze, pozłacany napis niby normalnie nie przyciągał spojrzenia, lecz tym razem zielonkawe oczy starca przez dłuższą chwilę skierowane były ku górze. Spoglądając niżej, zwrócił uwagę na okno, w którym znajdowała się szyba o kolorze mleka, przepuszczając jedynie ciepłą, miękką poświatę zapalonych wewnątrz świec. Pora była późna, więc do uszu nie docierały żadne głośniejsze odgłosy. Ująwszy w suchą, lecz krzepką, starczą dłoń, ciężkie koło zwisające z pyska metalowej bestii, Luxon uderzył do drzwi. W tymże właśnie budynku miał spędzić noc. Placówkę polecił mu jeden z pałacowych strażników, argumentując, iż właścicielem jest osoba parająca się magią, przez co wzbudza lekki postrach pośród prostych ludzi. Prawdopodobnie właśnie to było przyczyną wręcz nierealnego porządku wokoło karczmy. Odgłos kołatki trafiającej w drewnianą powierzchnię przyjemnie zawibrował w uszach. Po chwili usłyszał kroki.


            Zamek, chrobocząc pod wpływem przekręcającego się weń klucza, po chwili ustąpił. Klamka powoli opadła, a drzwi poczęły uchylać się, odsłaniając wnętrze. Smuga światła płynącego ze środka powoli poszerzała się, oświetlając sylwetkę mężczyzny stojącego na zewnątrz. Pomimo ciepła bijącego ze środka, oblicze starca zbledło, usta zacisnęły się w jedną, prostą linię, mięśnie twarzy napięły się gwałtownie, naciągając skórę twarzy. Oto stał oko w oko ze starszym człowiekiem, około sześćdziesięciu lat, ubranym w kompletny, czarny strój, o mlecznobiałej karnacji i mocnymi akcentami czerni wokoło oczu. Kurzik!

niedziela, 23 października 2011
VI proza.

 

Title: "Trip"

Chapter: "Adam poważnieje" -ostatnia część

 

(...)

Futrzak nie zrozumiał wszystkiego, co usłyszał, ale ton wypowiedzi jego przyjaciela był wystarczający,  aby poczuć nieznaną dotąd odrazę. Odczucie zdegustowania krainą, po której oprowadzał go jego przewodnik. Kościoły hipokryzji, z wielkimi oknami, widokami. Walące się mury, kłujące kratami metalu i świateł. Czy twarz, wymodelowana, też budowlą? Sądy ludzkie i boskie, siew kamienia, zarażanie ciała ziemi. Jak bakterie.  Zaczął się zastanawiać, czy dobrze zrobił przybywając w odwiedziny. Wiedza o tym miejscu na zawsze pozostanie w jego pamięci. Gorycz wyryje w jego mózgu obrazy, których nigdy się nie pozbędzie. Życie przestanie być beztroskie, gdyż tam, na Ziemi, człowiek człowiekowi wilkiem  i nawet przyjaciel, który pozwala ci zobaczyć siebie z innej perspektywy, założył maskę i przestał istnieć jako wartościowa jednostka.

                - Adam…

                - Co?

                - Mi wystarczy, wracajmy.

                Wrócili więc do domu, po drodze kupując colę i bułki. Nowy przyjaciel Adama nie odzywał się  za dużo w drodze powrotnej. Najwyraźniej analizował wszystko, co usłyszał podczas  wycieczki po mieście. Szedł zgarbiony, z przymrużonymi oczami. Zazwyczaj puszyste, błyszczące futro oklapło i straciło połysk. Ludzkie zepsucie wkroczyło do następnego świata.

                - Wiesz,  dam ci pewną radę.- odezwał się Adam wkraczając do mieszkania skąpanego w półmroku – Jakbyś podczas drogi powrotnej spotkał Boga, opowiedz swą historię, swoje plany zdradź, opowiedz o życiu, pożal się. Wyśmieje cię, bo boskość rzecz trudna, nudna i nużąca. - Futrzak ponownie nie zrozumiał do końca słów gospodarza. Który to już raz w tym dniu? Nie wiedział. Wszystko, czego się dzisiaj dowiedział wypełniało go, jakby przygotowując się do  wybuchu,  zniszczenia go od środka. Implozji? Eksplozji? Musiał już wracać, chociaż wcale nie chciał. Jednakże pozostanie  na Ziemi byłoby dla niego największą torturą, zatrutym drzewem krzyżowym słów i niezrozumiałych intencji. Najlepiej, gdyby można było nie-istnieć, zostać nicością. Bo czemuż nie? Nie przejmowałbyś się przyziemnymi problemami, wspomnienia o domu by zniknęły, więc problem tęsknoty też byłby rozwiązany. Również serce, będące niczym, zostaje puste, czyste, bez emocji, bez trosk. Wolne? Doskonałe? Zatracone?

                - Adamie.

                - Mhm?

                - Zastanawiałeś się, co czeka nas po śmierci? Czy lepiej umierać szybko, czy wolno? Myślałeś o tym, co mógłbyś rzec Bogu, jeśli takowy istnieje? Czy twój umysł umarłby z tobą, czy nie, gdyż jest to jedynie narzędzie? - mówił coraz szybciej - Może świat, który widzimy jest tylko wytworem naszej wyobraźni, a po przecięciu nici życia przez Mojrę kończy się świat złudzeń, a zaczyna rzeczywistość? –przerwał na chwilę, wziął głęboki oddech - Nie wiem, po prostu nie wiem Adamie. Tyle pytań zrodziło się w mej głowie. Nie potrafię tego uporządkować, dlaczego tak się dzieje, o co chodzi w tym całym chaosie?

                Gospodarz nalał coli do szklanek, podał gościowi  i usiedli naprzeciwko włączonego telewizora, w którym właśnie zaczynał się jakiś bezsensowny teleturniej. W pewnym momencie Futrzak wstał, przeciągnął się i strzelił ukrytymi pod puchem palcami. Nic nie powiedział, tylko rozejrzawszy się po pokoju oświetlonego jedynie światłem bijącym od włączonego odbiornika, całokształt pomieszczenia prezentował się dosyć ponuro. Podszedł do masywnej, starej komody, którą z trudnością można było zauważyć z poziomu kanapy. Westchnął, sięgnął ręką w stronę szuflady, złapał za uchwyt i wysunął przegródkę zawierającą pistolet. Wyjął go, zważył w dłoni, delektując się dotykiem zimnego metalu, obserwując delikatne refleksy,  głupkowato się uśmiechnął (przynajmniej tak się Adamowi wydawało). Odwrócił się sztywno, lekko drżąc, wprawiając kosmyki futra w falowanie.

                - Nie opowiem nikomu swej historii. - rzekł głosem pozbawionym jakiegokolwiek zabarwienia emocjonalnego, co spowodowało bardzo dziwne odczucia u Adama, aż ciarki przeszły plecy, wędrując po ramionach. Ten dźwięk, który zazwyczaj wywoływał wibrację, teraz niknął w pustce. Przystawił lufę „Dziewiątki” do skroni ukrytej pod niebieskoszarymi kłakami. Wtem szczęknięcie, trzask i głucha cisza.

                Adam krzyknął zrywając się z siedziska. Chciał powstrzymać przyjaciela, powiedzieć mu, że świat, mimo całego brudu i zepsucia ma też dobre strony. Czuł wewnętrzną potrzebę pocieszenia przyjaciela, poklepania go po puszystym ramieniu. Jednakże Futrzak zniknął, nie zostawił żadnego śladu. Zdziwiony mężczyzna poszedł do kredensu, zajrzał do szuflady, podniósł metalowe narzędzie mordu. Sprawdził magazynek. Był pusty.

                - Boże… Co ja dzisiaj paliłem? – jęknął osuwając się na ziemię. Upadł na kolana, pistolet wypadł mu z dłoni.

Na podłodze leżał kosmyk bladoniebieskiego futra.

20:36, pan.doman , Proza
Link Dodaj komentarz »
 
1 , 2